Nieważne, dokąd, ważne, z kim :)

Taki wniosek wysnułam po wariackim wyjeździe z moim chłopem we wtorek wieczorem. Wyjazd na wariata, mieliśmy półtorej godziny, żeby się spakować i pozbierać, ale się udało. Zakupy zrobione po drodze, środa dniem wolnym od pracy, bo urlop, jedziemy !!! Ja na miejscu pasażera, banan na ryju, humory dopisywały. Pierwsze co to sprawdzić rezerwację w hotelu. Pytam A., czy dzwonił, on mi na to, że nie, więc dzwonimy. Raz, drugi, trzeci, nikt nie odbiera. A humoru nie tracił, mnie to zaniepokoiło, ale spoko….skoro spać mamy gdzie, może nie ma nikogo na recepcji? Jedziemy, dzwonimy, cisza głucha, mój niepokój wzrasta,ale nie panikuję…..Pytam chłopa mego, co jest i jak to rezerwował. On patrzy na mnie jak na tumana i rzecze:

-”No nie rezerwowałem przecież, to miała być podróż w nieznane, z przygodami, ale nie martw się, tam jest restauracja, więc do 22 na pewno otwarte a w tygodniu nigdy nie ma ludzi, bo już tam spałem, więc wiem”

Zatkało mnie….pomruczałam, ale pod nosem, coby kierowcy nie denerwować, jedziemy :) Dotarliśmy na miejsce, zajeżdżamy pod owy hotel…..ciemno, bramy na głucho zamknięte, jakiś samochód samotnie stał pod ścianą….zamarłam.

-O żesz k….. a co z tym hotelem?- pyta moje Słońce retorycznie- przecież jeszcze niedawno był otwarty.

- Nooooo nie wiem- szemrzę, choć debilnie zaczynam się rechotać, ale, żeby nie widział.

Chłop mój wysiadł z samochodu, ja ryknęłam śmiechem, choć po chwili dotarło do mnie, że jest po 21 a my w zasadzie jesteśmy na jakimś cholernym zadupiu i nie mamy gdzie spać….Otwieram drzwi.

- Ty się nic nie martw, nic się nie dzieje, zaraz coś znajdziemy w okolicy- mówi mi facet, którego kocham najbardziej na świecie.

No to się nie martwię, siedzę, czekam, on przegląda tableta i Internet, znajduje hotel w miejscowości jakieś25 km dalej. Dzwoni, rezerwuje, jedziemy :P 40 minut szukamy hotelu, ale jest już nam tak wesoło, że ostatecznie docieramy na miejsce tuż przed 22. Okazuje się, że hotel jest super, żarcie pyszne, generalnie w mieścinie zero atrakcji, ale co tam- jesteśmy razem, mamy w końcu czas tylko dla siebie, włóczymy się pół środy po Rynku, zaliczając 3 knajpy z 3 dostępnych.

-Ma Pani drinki?- pyta ten, którego kocham kelnerkę i sprzedającą w jednej knajpie

-No coś się znajdzie-odpowiada kobitka, patrząc na niego z uśmiechem od ucha do ucha :)

- A jakie?-drąży temat A.

-Proszę Pana, ja Panu każdy drink zrobię, proszę tylko rzucić nazwą – odpowiada pani z pewną siebie miną

Myślę sobie „no nie, będzie mi tu chłopa zarywać, ale słucham z kamienną twarzą.

-To ma Pani Martini?

-No nie mam

-Mohito?-pyta A., choć wiem, że tego nie pija, ale chce się podroczyć

Babeczka zbladła:- no też nie mam

-To może malibu? Z mlekiem?

-Wyszło.….-mówi babeczka

- To może wiśniówkę z mlekiem?- pyta chłop mój w pełnej desperacji

-Jest, już robię- rozjaśnia się pani :)

Dostajemy połączenie jogurtu wiśniowego z maślanką, spirytusem  i kostkami lodu :) W szklance Nestea i różowymi słomkami :) Smakuje kiepsko, ale jak dla mnie najlepiej na świecie :)

Generalnie przez wczorajszy dzień nie robimy nic- łazimy bez celu, bez telefonów, zegarków, gapimy się w niebo, gadamy, gadamy, nie możemy się nagadać…..Śpimy, przytulamy się, pijemy piwo z lodówki, zajadamy się w restauracji poniżej, trzymamy się za ręce. Doładowujemy akumulatory na kolejne dni w pracy, bo roboty mamy coraz więcej jak to w domu kultury w sezonie imprez plenerowych.

Nieważne miejsce, pogoda też nieważna , choć akurat mieliśmy upał, nieważne atrakcje na miejscu…..ważne, z kim się wyjeżdża :) Dzisiaj wróciliśmy a mnie się nadal twarz śmieje na wspomnienie tej eskapady :)

Wiosenne postanowienia do zrealizowania :)

Jako, że wiosna nadeszła postanowiłam sobie to i owo :)

Po pierwsze będę się częściej uśmiechać, czemu sprzyja akurat dzisiejsza pogoda, ale nawet gdyby jej nie było, usilnie będę pracować nad swoim pesymizmem i ponuractwem, coby nie zatruwać nimi otaczającego mnie świata. Przykład?Proszę uprzejmie:ostatnio miałam zły dzień, jakoś się nie wyspałam, ktośmnie wkurzył a na zajęciach z dziećmi było wyjątkowo głośno i drażniła mnie taka jedna dziewczynka, która zawsze jest za głośno i na niej skupiać się musi uwaga, bo ona nie umie inaczej. Uznałam, że zostałam doprowadzona do takich granic wytrzymałości, że nie pozostało mi nic jak się….usmiechnąć…..no i tak: małą zatkało, bo nie rozzłościłam się, reszta dzieciaków też zaczęła się śmiać i zajęcia potoczyły się bez przeszkód a w znacznie lepszej atmosferze.

Po drugie:nie będę narzekać, bo ostatecznie nie jest ze mną tak źle i nie dam Mojemu Facetowi tej satysfakcji, jaką ma gdy mu się żalę z różnych pierdół a on najpierw wysłucha a potem popatrzy i powie „oj, ale narzekasz”albo „przesadzasz, słońce”. No i ja zazwyczaj wtedy się złoszczę, ale w głębi duszy przyznaję mu rację. Ale czasami tak fajnie sobie ponarzekać, czyż nie?

Po trzecie:zorganizuję sobie czas tak, żeby miećgo dla każdego i równocześnie dla siebie. Raz na jakiś czas spędzę czas tylko w swoim towarzystwie i egoistycznie będę sama dla siebie dostępna i będę dogadzać tylko sobie. Oczywiście, w granicach rozsądku, żeby nie było :)

Po czwarte:więcej ruchu, wracam do wieczornego biegania, bo aerobik dwa razy w tygodniu jedynie rozbudza mój apetyt na ruch i sport. Zaprowadzę w końcu mój rower na przegląd techniczny, bo od dwóch lat jeżdżę na nim i cośw nim piszczy i skrzypi a ja jeszcze na ten przegląd nie dotarłam.

Po piąte: postaram się bardziej ogarnąć w stopniu ogólnym, pilnować terminów, nie gubić okularów przeciwsłonecznych( już dwa razy miłe panie ze sklepu wyciągały je z samego spodu koszyka z zakupami i wręczały mi je z usmiechem), będę ćwiczyć cierpliwość do wszystkich, nawet najbardziej denerwujących ludzi.

Na razie to tyle, zobaczymy, co z tego wyjdzie :D a wy macie jakieś postanowienia wiosenne?