Ogniskowo- życiowo

Wczoraj ze znajomymi zorganizowaliśmy u kolegi na działce ognisko- grilla. Ekipa była doborowa, przytargał się również A., co mnie miło zaskoczyło, bo ostatnio notorycznie brak mu czasu dla mnie. „Przecież ci obiecałem, że będę, to będę”- odrzekł na moje zdziwienie i mnie przytulił. Więc było fajnie, graliśmy w piłkę na działce (swoją drogą piłka to była z szatańskim kotełem Hello Kitty) przy pełni księżyca, darliśmy się wniebogłosy, bo działka oddalona od zabudowań o spory kawałek, alkohol się lał….

No i wrócił mi temat bycia ze sobą ze względu na dzieci. Wiem, pisałam o tym już, ale wczoraj znowu była rozmowa na owy temat. Mianowicie kolega- działkowiec- ma żonę i dwójkę dzieci w wieku 4 i 2 lata, koleżanka z kolei ma 3-letniego synka. Obydwoje są w małżeńskich związkach i obydwoje bardzo w nich źle czują. Jedno przez drugie narzekało, że ona jest okropna, że on żałuje tego ślubu, że jej nie cierpi, że jest nienormalna, że ma jej dość i że gdyby nie dzieci, to by ją zostawił, ale dla dzieci będzie się poświęcał. Taka sama gadka była ze strony koleżanki. Na moje nieśmiałe wtrącenie, że może szkoda się tak poświęcać, bo dzieci żal, że muszą na to patrzeć, zostałam zakrzyczana, że jak mogę się wypowiadać i że nic nie rozumiem, bo ja męża nie mam a to jest inaczej jak się go ma a jeszcze jak się ma dzieci, to się na życie patrzy inaczej. I że pojęcia to ja o życiu nie mam a tym bardziej racji w moich słowach brak. Więc znowu się wtrąciłam, że z tego, co pamiętam dokładnie, widząc w dziecięctwie kłótnie rodziców sama chciałam, żeby się rozeszli, bo nie mogłam na to patrzeć….tym samym wróciły mi wspomnienia i to te nienajlepsze.

Ale znowu zostałam zakrzyczana, więc wzięłam piwo, wstałam i poszłam w cholerę w najciemniejszy punkt ogrodu, chowając się przed nimi, przed światem, żeby w spokoju się przy pełni wypłakać. Oczywiście A. mnie znalazł, nie z nim te numery, doskonale wie, co i jak….

A ja od wczoraj intensywnie nad tym myślę….czy ja jestem nieżyciowa i nie mam racji? Czy to oni mają coś nie tak w swoich poglądach? Będę wdzięczna za pomoc w rozwiązaniu problemu, bo mnie już nic innego do łepetyny nie przychodzi…..

Co w trawie piszczy

Powróciłam po tych kilku dniach. Pewnie niektórzy się zastanawiali, co i jak, więc tłumaczę. Od piątku do niedzieli miałam u siebie na wsi festiwal. Trzy dni pracy po kilkanaście godzin w upale i ciągle biegiem. Nawet własne imieniny świętowałam w pracy. Ale nie ma tego złego. Chorea Kozacka odśpiewała mi najpiękniejsze sto lat, jakie w ogóle słyszałam. Bo to impreza ludowo-folkowa była, z piosenkami i pieśniami tradycyjnymi, z tańcami i przyśpiewkami. Niesamowita sprawa. Jeśli chcecie, poszukam filmików z taką muzyką i wrzucę jutro.

W piątek byłam w pracy 14 godzin, więc zaparkowałam nie w garażu, żeby nie tłuc się po nocach a na parkingu. No i w sobotę rano jakiś mistrz kierownicy zahaczył o mój tylni błotnik. Jak jeszcze raz usłyszę, że baba za kierownicą to samo zło, to przysięgam- zabiję ! Bo się okazało, że chłopak zostawił mi za wycieraczką kartkę z telefonem i przeprosinami. Na szczęście błotnik już przyklejony i nic poważniejszego się nie stało. W niedzielę A. spadł z 1,5 metra i było podejrzenie, że się połamał. Nie ruszał lewą ręką w ogóle a jak już on mówi, że go boli, to boli faktycznie. Ostatecznie okazało się, że jest tylko mocno poobijany. Ale czasu dalej nie ma. A ja się chyba powoli na to uodparniam. W tym sensie, że coraz mniej o tym i o nim myślę. Co chyba jest nienajlepsze dla nas, dla niego….jakaś bariera ochronna chyba mi się tworzy i zaczynam funkcjonować w swoim świecie, bez niego. Po prostu. Nie mam innego wyjścia.

Przez weekend zdążyłam się zakochać w muzyce łemkowskiej i ruskiej, poznać fajnych ludzi z pasją i tym staram się wypełniać te momenty, w których tęsknię za A. Ale skoro on jest tak bardzo zajęty…..trudno. Po weekendzie, w poniedziałek i wtorek musiałam odespać. Mój organizm ma to do siebie, że trzyma pion i poziom w momentach napięcia i nie odczuwa zmęczenia. Natomiast po wszystkim, gdy już nerwy puszczają, padam na pysk jaka długa. I tak było w poniedziałek po południu. Nie szło się ze mną dogadać. Ale już jest lepiej.

Więc wybaczcie, że mnie nie było. Od jutra będę tu regularnie :) Lecę do Was na blogi, bo aż mi głupio, że nie wiem, co u was :)

Muzyczne hity na festynach

Sobotnie popołudnie i niedzielę spędziłam na imprezie plenerowej u „konkurencji” z sąsiedniego miasta. Mój chłop przy tej imprezie pracował, więc się zabrałam z nim i jego kumplem. Sobota sobotą, ale w niedzielę po południu był piknik rodzinny. Pikniki rodzinne i festyny to imprezy, które zawsze mnie niezmiernie cieszy, bo dzieje się na nich wiele interesujących rzeczy i zjawisk. Do zjawisk należą niewątpliwie laski na niebotycznie wysokich szpilach i obcisłych skórzanych legginsach, przy których dumnie dreptają ich faceci, podpici panowie z ledwo trzymanymi plastikowymi kubkami z piweczkiem, roześmiane dzieciaki z balonami, większymi niż ich głowy. I ten unoszący się zapach kiełbasy z grilla :) Miodzio !!! Jako, że akurat ten weekend miałam wolny a zazwyczaj podczas tego typu imprez pracuję (przy organizacji), postanowiłam się tym wolnym nacieszyć.  Chłop mój był zajęty, obeszłam sobie więc całe pole, obejrzałam atrakcje, posłuchałam rozmów pod parasolkami. Zgłodnieliśmy, idziemy- ja, mój A. i jego kumpel. Co by tu zjeść? Patrzymy, na ladzie leżą pomidorki, ogóreczki. Dawaj, pędem, przynajmniej świeże :) Ok, oni kebaby, ja zapiekankę. Za ladą dwie panie dyskutowały intensywnie, my czekamy cierpliwie, ale żołądki krzyczą. Panie gadają, gadają, jedna wyszła, ta, co została, zaczyna robić frytki, my stoimy.  Chłopaki się niecierpliwią, bo zespoły się zaczynają próbować a oni muszą im pomóc z nagłośnieniem, w końcu pani pyta, co chcemy. Mówię- dwa kebaby i zapiekankę.

-Hmm, kurczę, zapiekankę to wiem, jak robić, ale z kebabami…..będzie problem

Chłopaków skręciło, parsknęli śmiechem, ja śmiertelnie poważnie do nich mówię, że to może jednak coś innego, skoro jest problem :P Ok, to oni też zapiekanki. Zapiekanki były mrożone, wystarczyło wsadzić do piecyka, polać keczupem i finito :) Zero ogóreczków, pomidorków….widocznie pełniły funkcje wabiące :) Nie dziwne, że pani nie miała problemu z przygotowaniem ich.

Gwiazdą muzyczną wieczoru na owym festynie był zespół disco polo, pochodzenia góralskiego . Goście w góralskich strojach, grali i śpiewali jak złoto :) Ludzi się naszło dzikie mnóstwo, dobrze, że siedziałam z chłopakami w namiocie przy nagłośnieniu, to mnie nikt nie tratował. Wszystkie laski na szpilach się zeszły, obejmowane od tyłu w pasie przez swoich facetów. Muzyka grała, tłum falował. W pewnym momencie czuję poszturchiwania, chłop mój do mnie szeptem:

- Ty, ale zobacz, oni znają wszystkie teksty…

Faktycznie, zgromadzeni znali każde słowo piosenki. A niby nikt disco polo nie słucha, bo to obciach jest i każdy się zarzeka. A gucio ! Wszyscy słuchają, a jak nie wszyscy, to większa większość słucha i jeszcze zna teksty. Swoją drogą co jest obciachowego w tym, że ktoś słucha disco polo to nie wiem. Skoro słuchasz, to się przyznawaj do tego, znajdź sobie argumenty za i miej w nosie, że cię ktoś wyśmieje. Najgorzej jak się ktoś zarzeka a potem słyszysz jak mamrocze „Ja uwielbiam ją” i tym podobne :) Z disco polo jest jak z PiS- wszyscy na nich narzekają, nienawidzą a jakimś cudem mają wysokie poparcie. Disco polo nikt nie słucha a na koncertach tłumy szaleją. Chyba jest po prostu taki trend, że disco polo słuchać nie wypada. Nie, źle mówię, nie wypada się przyznawać, bo to „wiocha”. Wypada słuchać zagranicznej muzyki disco. A przepraszam, tak jakby się zagraniczna od polskiej różniła. Zagraniczna muzyka różni się od naszego disco polo tylko innym językiem, teksty piosenek są równie ambitne, więc nie bądźmy już tacy światowi na siłę :) Tyle, że w zagraniczne teksty nikt się nie wsłuchuje.

U mnie od wczoraj piękna pogoda :) więc słonecznie pozdrawiam wszystkich za i przeciw disco polo :)

1371930758_yijasz_600

Koński weekend

Weekend mija, niestety…zawsze jest za krótki. Plany były rozległe, wyszło inaczej, co nie znaczy,że gorzej :) Wczoraj spędziłam wieczór tak, jak chciałam i z kim chciałam- w końcu!!! :)

Dzisiaj od rana wyjechałam z siostrą na zawody jeździeckie, bo moja siostra skacze przez przeszkody a ja jej tak skromnie pomagam- siodłam konie, pilnuję, pomagam przy starcie i w boksie :) Jeszcze do niedawna nie dałabym rady, bo kiedyś bałam się koni, ale w końcu przełamałam strach i jestem z siebie dumna, że hohohoho :)

A czy Wy też przełamałyście się w sobie, żeby przezwyciężyć to, czego się bałyście/baliście najbardziej?

Plany na weekend?

Jako świeżo upieczony kierowca i szczęśliwa posiadaczka samochodu dostałam dzisiaj lekcję jazdy w warunkach ekstremalnych- deszcz, ulewa,wichura a następnie śnieg……koty, jadące ze mną uszanowały powagę sytuacji i nie komentowały w żaden sposób, co czyniły, gdy wyjeżdżałam z nimi na kontrolę do weterynarza….a teraz słodkie nicnierobienie :D

A jak Wam mija sobota?