Urlopowo- deszczowo

Jestem :) Mija mi połowa urlopu….ci, którzy śledzą mnie na FB, wiedzą, że ostatnio deszczowo u mnie. Ale to nic, takie dni z nudą też są potrzebne, ostatecznie gdy wrócę do pracy, na pewno zatęsknię za takimi.

Jak mija urlop? Głównie z przyjaciółkami. A. jest „zajęty”. Uczę się więc spędzania czasu bez niego. Gdybym liczyła na niego, pewnie byłabym najbardziej sfrustrowaną kobietą na Ziemi. A więc jeżdżę- do siostry na zawody, odwiedzam przyjaciółkę i chrześniaka, czytam….za nami cudny babski wieczór, E. spakowała Młodego do dziadków a my spotkałyśmy się u niej- ja, siostra, E. i M.Cztery baby ! Takie sabaty czarownic są najlepsze, zwłaszcza, gdy na drugi dzień nie trzeba wcześnie wstać do pracy. Można się wygadać, wypłakać i poczuć, że się nie jest samym. Przy okazji wpadłyśmy na pomysł, że w piątek wybywamy na całą noc. Zarezerwowałyśmy hotel i lożę w nowootwartym klubie w mieście oddalonym od naszego i po prostu mamy zamiar się dobrze bawić :)

Jakie plany na najbliższy tydzień? Hmm zależeć to będzie od pogody….być może uda się gdzieś wyskoczyć, mamy z Młodą takie plażowe plany, ale cóż….

Przepraszam za zaległości u Was, nadrobię :)

Po połowie wakacji…

Połowa wakacji za mną. To, że jestem tu rzadziej, spowodowane jest po prostu nadmiarem pracy…gdy już wracam do domu, padam….

Podsumowując miesiąc zajęć mam kilka refleksji i myślę, że poczytacie z ciekawością:

- współczesne dzieci nie umieją skakać na skakance! Na 10 owych, połowa powiedziała, że nie potrafi i nie będzie się nawet uczyć! I pomyśleć, że JA skaczę jak koza i musiałam im pokazywać, co i jak….

- mało tego- dzieci nie umieją nawet skakać przez piłkę, odbijaną od ściany- dzisiaj im pokazałam grę w kozła- rysujesz kredą na murze kreski coraz wyżej i w te miejsca rzucasz piłką a następnie przeskakujesz. Mimo 31 lat skaczę najwyżej!

- Na wycieczce tydzień temu 1/3 płakała po poparzeniu POKRZYWĄ i musiałam psikać „rany” pianką chłodzącą, którą wzięłam na wszelki wypadek po nauczce z poparzonym biodrem. Wystarczył sam widok owej pianki i od razu ustawiła się kolejka zaryczanych małolatów. Jedna się poryczała, bo ujechała na tyłku i siadła na ziemi….po lesie chodziły naokoło, żeby tylko było jak najmniej korzeni i stromych zejść

-podczas zajęć świetlicowych część się obraża na drugą część, w związku z tym ostatnio codziennie słyszą ode mnie kazania i pogadanki na temat kłótni i atmosfery w zespole (niedługo zwariuję i trzeba mnie będzie wywozić w kaftanie)

-obrażają się również te, które nie są przyzwyczajone do przegrywania i do tego, że są za małe, żeby coś robić ze starszymi. Gdy któraś nie wygrywa, idzie naburmuszona do kąta….mam taką jedną, przestałam już się przejmować jej fochami….

Więc tak mijają wakacje….jak widzicie, jest co robić :) aha- kto mi doradzał serial „13 Apostoł”? Proszę się tu przyznawać bez bicia! Wczoraj leciały dwa odcinki na Pulsie….więc obejrzałam, kurczę i nagle się okazało, że północ wybiła, jeszcze się siostra załapała, widząc mnie pod telewizorem ( bo telewizor dostałam). Na dzisiaj mamy przewidziany maraton, tym razem na laptopie…..

W czasie wakacji dzieci się nudzą

Od poniedziałku zaczęły się zajęcia dla dzieci :)  Zajęcia te prowadzimy trzy dni w tygodniu przez 2 godziny. Jestem póki co zadowolona, ale i lekko obolała :) Bo wczoraj zgarnęłam całe towarzystwo przed budynek, wzięłam piłkę, skakanki i kredę. Czyli wakacje czasów mojego dziecięctwa, moi drodzy ! Graliśmy w kolory, w zbijanego, w „raz dwa trzy baba jaga patrzy”. Małolaty aż piszczały z radości jak się im udało skuć panią. No i podczas gry w zbijanego nabawiłam się kontuzji. Aż wstyd. Bo wyskakiwałam po piłkę i krzywo zeskoczyłam, cosik mi chrupnęło w prawym biodrze. Udałam oczywiście, że nic to, ale łzy mi w oczach si pojawiły i gwiazdy się objawiły…..do wieczora chodzenie było dawkowane w ilości znikomej. Najgorzej jak sobie zasiadłam i należało się podnieść…..ojjjj. Dzisiaj jest już trochę lepiej. W związku z tym czekam na dzieciaki i pewnie znowu będziemy tłuc w piłkę :) Mój A. litościwie popatrzył i skomentował „no tak, jeszcze drugie biodro sobie naciągnij….”. A co tam, ważne, że maluchy mogą poszaleć, bo przecież tyle ich ! A ja w spodenkach, bawełnianym podkoszulku i tenisówkach wcale się nie czuję poważną panią instruktor :) Raczej szaleję razem z nimi :)

W poniedziałki mamy zajęcia plastyczne, we wtorki świetlicowe i na świeżym powietrzu, dzisiaj pokaz talentów :) Za tydzień w środę idziemy do pobliskiego parku. Na piechotę oczywiście ! Tak sobie wymyśliłam- jestem tu pierwszy raz podczas wakacji, więc niech dzieciaki mają część mnie na tych wakacjach. Weźmiemy książki, poczytamy pod drzewami, mój A., który ma kompas w głowie i jest zaprawionym turystą, nas poprowadzi nieco okrężną drogą.

Takie wakacje to ja rozumiem ! :)

Trochę wspomnień – cudowne lata dziecięce

Przedwczoraj w Wiadomościach zdaje się był materiał o dzieciach, które spędzają czas w domu przed komputerem a place zabaw świecą pustkami. Jedna mama się nawet wypowiadała, że ona swojego synka na zewnątrz samego nie wypuszcza, bo skoro nie ma on towarzystwo, bo towarzystwo siedzi w domu, to ona nie pozwoli swojemu na takie ekscesy. Więc z dziećmi albo na te place zabaw chodzą mamy, albo dzieci siedzą w domu i ze znajomymi spotykają się na fejsie. Psychologowie się wypowiadali, że takie coś nie służy niczemu dobremu, że z tych niesamodzielnych dzieci wyrosną niesamodzielni dorośli, że jak ma sobie zrobić krzywdę, to i w domu sobie krzywdę zrobi albo w szkole. I że dzieci, które nie mają znajomych i przyjaciół „w realu” mogą mieć problemy z nawiązywaniem kontaktów w dorosłym życiu. No i jako żywo mnie na wspomnienia wzięło po wczorajszym kredowym wpisie.

Bo dawniej, za moich czasów dziecięcych nikt nie miał problemu z wypuszczaniem towarzystwa na pole/dwór. Zwłaszcza na wakacjach. U nas w bloku było nas dzieciaków sporo, mniej więcej w tym samym wieku lub co najwyżej było ze 2 lata różnicy między niektórymi. Byliśmy więc zżytą i konkretną ekipą, jak mieszkań było 20, to w każdym było średnio 2 dzieci. Więc się działo :) W ciągu roku szkolnego różnie bywało, spotykaliśmy się albo na klatkach schodowych gdy był deszcz, albo przed blokiem, gdy było ładnie. Zimą skrzykiwaliśmy się na sanki, komórek nie było a każdy wiedział, o której i gdzie się spotykamy. Najweselej było, gdy ksiądz chodził po kolędzie i wszyscy czekaliśmy na niego na klatce. No i tak- na parterze koleżanki miały najgorzej, bo do nich szedł jako pierwszy, więc omijała je zabawa i uciekanie przed wchodzącym na górne piętra. Za to im ktoś mieszkał wyżej, tym dłużej mógł poszaleć. My mieszkałyśmy na samej górze, więc w ogóle…..gdy już ksiądz docierał do nas, zadyszka u nas była bardzo wyraźna :)

No i przychodziły wakacje. Czas magiczny, czas zabaw do nocy. Na wakacjach dzieciaków zawsze u nas przybywało, bo albo ktoś do kogoś przyjechał, albo z sąsiednich bloków przychodzili ci, którzy byli spragnieni towarzystwa. Przed południem pomagało się w domu, ale po południu nie było opcji- idziemy ! Graliśmy np w dwa ognie na ulicy pod blokiem, samochodów było jak na lekarstwo, więc miejsce było, zazwyczaj gdy jakiś nadjeżdżał, ten, co widział krzyczał „samooooochód!” , po czym wracaliśmy do gry. Tam się nauczyłam dobrze rzucać piłką. A najlepsze było jak się wołało swoje mamy.

-”Mamoooooooooo”- drę się z dołu pod balkonem. Wychyla się mama z parteru, mama z pierwszego piętra, drugiego, trzeciego, na końcu moja :) – rzuć mi piłkę/skakankę/coś innego :)

Nie wiem, jak to możliwe, właściwe mamy zawsze wychylały się na końcu :)

Kultowe były u nas zabawy w chowanego. Bo my, moi drodzy, nie bawiliśmy się w obrębie tylko naszego bloku, ba myśmy się chowali po całym osiedlu. Nieraz zabawa trwała do późnej nocy, najgorzej wtedy miała moja Młoda, bo miała świecące adidasy i każdy ją szybko znajdywał :) Do tej pory mi to wypomina :) Tak samo bawiliśmy się w podchody. Tu nie było zmiłuj się, terenem zabawy było pół miasta, często byliśmy w stanie rozegrać góra dwie tury podchodów, bo padaliśmy z nóg. Często wieczorami siadaliśmy na huśtawkach i śpiewaliśmy wniebogłosy. Czujecie? Dwudziestka dzieciaków oblepiająca huśtawki, drąca się jak opętana. I nikomu to nie przeszkadzało.

Grało się w gumę, nieważne, czy chłopak, czy dziewczyna, o gender nikt nie słyszał i każdy się z każdym bawił. Pamiętam jak się skakało w „tydzień” w „trójkąta”, ktoś to jeszcze pamięta? Sąsiadka z partery często przychodziła do nas, pokazywała nam niebo, uczyła, gdzie jakie gwiazdy, co w danym dniu widać było na niebie. Ganialiśmy po lesie, po drzewach, plątaliśmy się po górkach w okolicy, spuszczaliśmy się po korzeniach drzew w alejce :) Do ręki buła z masłem i pomidor- zestaw obowiązkowy !

Potrafiliśmy też walczyć o swoje. W bloku poniżej, od którego oddzielała nas dość konkretne zbocze, mieszkali głównie starsi chłopcy. Oni to wpadli na pomysł, żeby nam ukraść spod bloku ławkę, bo my mieliśmy dwie a oni chcieli pod blokiem oglądać mecz. No i nam tę ławkę buchnęli w któreś popołudnie. Na drugi dzień z rańca po ławkę wyruszyła ekspedycja ratunkowa, czyli my :) Zakradliśmy się do tamtych i ławkę zatargaliśmy z powrotem na miejsce właściwe. To musiał być widok, jak szliśmy z nią pod górkę, cała gromada dzieciaków, każdy choć po kawałeczku tej ławki musiał trzymać :)

Cholercia, aż mi się łezka zakręciła w oku…..nie zamieniłabym tego mojego szalonego dzieciństwa na żadne inne. I żal mi ściska serce i tyłek, gdy teraz na wakacjach idę na spacer i widzę, że na moim dawnym osiedlu jest pusto, cicho, że nikt nie przesiaduje na ławkach, nikt się nie wydziera i nie gra w dwa ognie. Chyba jeszcze wrócę do tych wspomnień w kolejnych wpisach :)

dawne czasyW1622025_514771571972346_840347638_na tu polecam- tak to kiedyś wyglądało hahahaha :)