Moje podsumowanie września

Wrzesień nie jest dla mnie łaskawy pod żadnym względem….najpierw byłam chora, potem okazało się, że mój ukochany rudy kot jest chory. Diagnoza- nowotwór w jamie opłucnej. Nieuleczalny rzecz jasna, powodujący duszności. Rudy jeździł do zwierzęcego szpitala, nasze dni skupiały się wokół niego- sprawdzanie oddechu, mizianie i kizianie, sprawianie mu radości póki jest. Od piątku jest na intensywnym leczeniu, bo przestał jeść. Wczoraj weterynarz powiedział, że póki co to lepiej nie będzie. Boję się tej ostatecznej decyzji. Jakieś fatum chyba nad nami ostatnio ciąży. Żołądek mi się buntuje, apetyt wyszedł chyba razem z apetytem Rudego. Nie mam w sobie tej ostatniej radości, czasami tylko pojawia się jakiś promyk ale szybko znika. Jestem zmęczona, zdołowana i w ogóle jest beznadziejnie. Kot a tyle smutku :( Jeszcze jest, ale jak długo? Był od zawsze, wykochany, przygarnięty, wrażliwiec jeden, przytulał się na widok moich łez i strachu. Wyczuwał każdy nastrój. Jeszcze jest….ale jakby go nie było. Brakuje go na parapecie, nie ma mi kto spać na głowie. Wypłakałam już chyba wszystkie łzy…

Wybaczcie, że mnie tyle nie było….postaram się wziąć w garść….

Sobotnie gorzkie żale

Sobota jak na razie mija dość leniwie. Być może dlatego, że mój stan ducha jest tak kiepski, że po prostu nie chce mi się nawet myśleć. Zimno, leje, wieje jak nie wiem…. A. milczy, wczoraj się nie odzywał, jutro ma imprezę do ogarnięcia, więc zapewne zapracowany. Moja bariera ochronna jakoś funkcjonuje, ale bywają momenty gorsze. I tak jest chyba teraz. Ale postanowiłam sobie, że wydzwaniać do niego nie będę. Po co, skoro i tak usłyszę, że jest zajęty i nie może rozmawiać? Nawet nie wie o historii z kocią dziewczynką…po co mam mu głowę zawracać?

Wczoraj wieczór i pół nocy spędziłam u przyjaciółki, mamy mojego chrześniaka. Oglądałyśmy film „Noe . Wybrany przez Boga”. Russel Crow wymiata jak zwykle! Uświadomiła mi też, że ja za bardzo przeżywam każde słowo, wypowiedziane przez A. Analizuję, zastanawiam się i zadręczam jak jakaś męczennica. A najpewniej on 5 minut po rzuceniu hasła już o nim zapomina. Coś w tym jest. Dam radę, nie zadzwonię….bariera musi działać.

Mój dobry kolega, prawie brat wyciąga mnie na siłę na grilla do kumpla, tego, który lunatykuje. Nie mam nastroju ani chęci. On mieszka jakieś 10 km ode mnie, więc i tak musiałabym dojechać samochodem….fakt, ludzie będą pewnie fajni, przynajmniej część, o których wiem, ale po prostu po tych ostatnich historiach kocio-rodzinnych nie mam ochoty. Wolno mi. Ale nie, on na siłę, że mi chce pomóc, że powinnam wyjść do ludzi, że to, że siamto. I weź się tłumacz, że akurat mam taki dzień i taki czas, że bez sensu ten wyjazd, bo co, będę tam siedzieć i rozpamiętywać? I swoim złym humorem zatruwać reszcie nastroje? Bez sensu….

A i właśnie Młoda zadzwoniła, że na zawodach spadła z konia i walnęła głową o ziemię, bo się jej kask przekrzywił. Medycy na miejscu ją obejrzeli i niby nic jej nie jest, ale w tym momencie to już mi się w ogóle wszystkiego odechciało. Jestem dzisiaj wybitnie zniechęcona i zrezygnowana….idę machnąć drugą kawę. I najchętniej poszłabym spać, żeby przespać ten dzień….może jutro będzie lepiej…..

 

Smutna

- Jakie plany na dziś?

- Dzisiaj muszę jeszcze podskoczyć do pracy z T. ale to tam i z powrotem i tyle na dziś.

-Aha, szkoda…no ale cóż,jedź

-A czemu szkoda?

- Myślałam,że może gdzieś pójdziemy czy coś….

-Dzisiaj wolałbym nie, bo wiem, że jak pójdziemy to będzie jedno piwo, drugie piwo a jakoś mam smaki weekendowe i wolałbym tego uniknąć…..

- Aha, a przy koledze się powstrzymasz? Równie dobrze moglibyśmy posiedzieć na ławce w parku, niekoniecznie iść na piwo

-No bo jadę do pracy, w pracy przecież nie będę pił….

I mój dobry humor szlag jasny trafił….