O alkoholu i ludzkiej głupocie

Kolejna celebrytka w naszym kraju spowodowała wypadek po pijanemu. Czy ludziom się już całkiem we łbach poprzewracało? Jakaś moda na zabijanie siebie i innych pod wpływem zapanowała? Zastanawiam się, co trzeba mieć pod kopułą, żeby wsiadać do samochodu pijąc wcześniej alkohol. Nieważne, ile, ważne, że w ogóle. Moja babcia przechodziła na pasach, zabił ją rozpędzony, pijany gówniarz. Zginęła na miejscu, taka była siła uderzenia. Ile jeszcze wypadków musi się zdarzyć, żeby ludzie wreszcie poszli po rozum do głowy i pojęli, że po alkoholu i środkach odurzających nie jeździ się samochodem.

Kiedyś usłyszałam tekst następujący: Ty nie jeździsz po piwie? No co ty, ja to nie jeżdżę bez piwa! Ręce mi opadły i wszystko inne też. Mój Ty Boże…Wsiada taki baran za kierownicę, nie kontaktuje, w najlepszym razie rozwali samochód i zrobi krzywdę sobie, w najgorszym- niesie śmierć wokoło. I to ma być niby takie ekscytujące? Dojadę czy nie dojadę? A przechodnie? Niech uważają, to nie mój problem.

Na ludzką głupotę chyba nie pomoże nawet najlepiej skonstruowana kampania ani najpopularniejsi celebryci. Bo ośmielam się zauważyć, że dopóki pijani pseudo kierowcy sami się nie zorientują, że źle robią, nikt im tego do łba nie wbije. Oby tylko nie było na to zorientowanie się za późno….

Prawo jazdy- kabaret dla odważnych

Miał być przepis w sobotę, ale rypnęłyśmy się z siostrą w przepisie. Ciasto powstało więc po raz drugi w poprawnej wersji :) Więc przepisu wypatrujcie w sobotę :) Generalnie weekend minął średnio, zwłaszcza sobota. To był dzień , w którym denerwowało mnie wszystko….począwszy od drobiazgów, skończywszy na tym, że mój A. oczywiście był znowu niezwykle zapracowany i dla mnie czasu nie miał. No cóż…więc wczoraj po prostu się zapakowałam i pojechałyśmy z Młodą na konie- znaczy ona na trening, ja do pomocy i miziania końskich chłopaków :) Więc w końcu było tak, jak miało być.

I właśnie dzisiaj wyczytałam, że szykują się kolejne zmiany w egzaminach na prawo jazdy. I się zdziwiłam. Bo można jeszcze coś zmienić? Oprócz tej parodii, która się odbywa obecnie? No proszę was, nie mówcie, że to, co się dzieje w ośrodkach egzaminacyjnych nie zakrawa na aferę większą niż ta z przedwczoraj wykryta przez „Wprost”. Pomijam kurs jazdy, bo to akurat było super doświadczenie. Z moim instruktorem jeździliśmy wszędzie, dosłownie wszędzie. Jazda po mieście to nie były tylko utarte drogi i dróżki, trasy egzaminacyjne, to były galerie handlowe (musisz zobaczyć jak wjechać jako kierowca), parkingi pod lotniskiem (inaczej jak jesteś pasażerem, inaczej jak kierowcą) Zero darcia się z powodu niezrobienia czegoś. Raczej- to nie wyszło, więc spróbuj inaczej.

Najgorzej wyglądała teoria. Kiedyś się dostawało zestaw pytań, się uczyło i wio. Nie mówię, że to było dobre. Ale pytania, jakie ja miałam na egzaminie teoretycznym zakrawały o kpinę. Przykład? Proszę bardzo: „Podaj wymiary tablicy rejestracyjnej w samochodzie osobowym”. A na cholerę mi to? Albo równie inteligentne: jest filmik z ludźmi stojącymi na przejściu, oni mają czerwone, ja jadę. Pytanie brzmi: czy będę uważnie obserwować otoczenie i przechodniów, stojących po bokach? Odpowiadam, że tak. Okazuje się, że błąd, bo wymyślający pytanie uznaje, iż skoro oni mają czerwone, to nie ma bata, żaden nie wylezie na przejście i mogę jechać i nie patrzeć uważnie. Zasięgam rady instruktora, mówi, że chore pytanie, bo to, że ja akurat chcę patrzeć uważnie i na nich, nie sprawi żadnej szkody ani zagrożenia w ruchu drogowym nie stwarza. A co, jak się któryś z przechodniów zagapi albo nie zauważy, że ma czerwone, albo jest daltonistą? A no i jeszcze są te magiczne filmiki. Dopiero jest teatrzyk! Filmik możesz obejrzeć tylko raz, w tempie narzuconym przez wymyślającego pytanie, cofnąć, zatrzymać nie możesz. No i tak- najpierw czas, w którym się zapoznajesz z pytaniem, potem czas, w którym leci filmik, potem czas na udzielenie odpowiedzi. Trzy czasy! Obłęd! I pytania posegregowane według ważności -za 3, 2 i 1 punkt. Możesz równie dobrze źle odpowiedzieć na 3 pytania za 1 punkt i zdać a możesz się rypnąć w dwóch za 2 punkty i leżysz. Tym sposobem do egzaminu teoretycznego podchodziłam 4 razy! Obryta i obkuta z przepisów, kodeksu i zasad na blachę, z każdej strony, że w nocy o północy. I najlepsze- wracamy po zdanej teorii, padło magiczne pytanie o tablicę rejestracyjną, jadę przez moje miasto, przejście, mam zielone, piesi czerwone i co? Na przejście włażą dwie licealistki, nie patrząc na kolor światła! Patrzę na instruktora, myślę, co w tej sytuacji zrobiłby pan egzaminator….pytania pytaniami, życie weryfikuje wszystko.

Cześć teoretyczna zdana, teraz praktyka. W noc przed egzaminem nie mogę spać, trzęsą mi się ręce i żołądek wariuje. Rano zawozi mnie Młoda, w poczekalni dostajemy małpiego rozumu. Z nerwów oczywiście. Wywołują mnie, idę, wsiadam, losuję pytania. Pokazuję, gdzie są światła, płyny, ok. Egzaminator na mnie burczy i wcale nie wysiada z auta, jak robią to inni, gdy zdający się przygotowują. Nie, ten siedzi obok i zadaje miliony uszczypliwych pytań. Jestem tak przerażona, że trzęsie mnie już nawet nogami. Na końcu stwierdza, że wkradł się między nas jakiś błąd komunikacyjny i wysiada z samochodu. Tym sposobem oblewam na najprostszym na świecie łuku. „I tak miała Pani fatalnie ustawione lusterka, więc dobrze, że nie wyjechaliśmy na miasto, bo bym się bał”.

Nie dam się ! Za drugim razem jadę spokojniejsza, wywołana czuję niepokój, bo zapamiętałam numer samochodu….patrzę- ten sam egzaminator! O w mordę jeża kopanego! On udaje, że mnie nie zna, więc jest dobrze. Plac zdany, jedziemy na miasto. Pytania typu „czemu tak szybko”, „czemu tak wolno” puszczam jednym, wypuszczam drugim, dostosowując się do znaków a nie do niego. Jeżdżę 40 minut bezbłędnie, w pewnym momencie on rzuca hasło, że skręcamy. Nie zdążam zmienić pasa na prawidłowy do skrętu w prawo…..koniec. Przesiadka. „Gdyby pani pojechała prosto, zdałaby pani a tak….no ja za panią głowy nie będę nadstawiał”. Ryczę jak głupia, tym bardziej, że mnie chłop pociesza, że on widzi, że ja umiem jeździć i że mi obiecuje, że następnym razem się uda. A całuj mnie w „obiecuję” !!!

Trzeci raz….prawie się spóźniam na plac, z tego wszystkiego nie zdążam się zdenerwować. Plac zdany za pierwszym razem śpiewająco, jedziemy na miasto, już mi wszystko powiewa. „Powinna pani jeździć bardziej dynamicznie”- burczy kolejny, tym razem inny egzaminator. „Myślę, że tego się nauczę wraz z praktyką podczas jazdy, może za jakiś czas, gdy pojeżdżę więcej”- odpowiadam burakowi.  „A czemu tak wolno?” „Bo nie znam tej drogi, nie chcę szarżować”- oaza spokoju ze mnie. Kierowcy, widząc, że egzamin, ustępują mi dwa razy pierwszeństwa ku niezadowoleniu egzaminatora. Jeździmy, parkujemy, on ciągle pyta, nagle mi gaśnie auto. Jak gdyby nigdy nic włączam, odpalam, jedziemy, bez mrugnięcia okiem. Miliony pytań typu „a dlaczego, a po co…”. Ale się nie przesiadamy, dojeżdżamy do WORD-u. „Popełniła pani kilka błędów” Świetnie, już po mnie….”Ale nie są to błędy rażące, zdała pani”- rzuca mi kartkę przed nos, wysiada, trzaska drzwiami. Do tej pory pamiętam tą ulgę i radość….że jak to? Że się w końcu udało! Po tylu nerwach, stresie, nieprzyjemnościach w końcu mam !

Zastanawiam się tylko, czy to utrudnianie i stresowanie kursantów ma cokolwiek na celu? Czy spowoduje, że w naszym kraju zmniejszy się np. liczba pijanych kierowców albo bandytów typu Frog z białego BMW, który w nosie miał Policję i wszystkich go ścigających? Czy osoba, wymyślająca tak durne pytania egzaminacyjne ma w ogóle poczucie, że te filmiki niekoniecznie są tożsame z rzeczywistością na drogach? Czy zamiast robić kabaret w ośrodkach egzaminacyjnych nie lepiej zmienić polskie prawo i zacząć kierowcom wymierzać surowsze kary? Szczerze? Gdybym miała znowu zdawać egzamin na prawko, to wątpię, żebym do niego podeszła….nie dlatego, że nie umiem i nie znam przepisów, ale dlatego, że zasady zdawania są nieludzkie. Zdający egzamin nie musi umieć jeździć ekonomicznie i dynamicznie, do cholery! Ma na to całe życie, żeby się nauczyć, przecież nawet doświadczeni kierowcy mają często z tym problem.

A jak u was z tym prawem jazdy było?

1368829741_nssouv_600

Świat nie jest taki ponury :)

Ostatnio cały czas tu narzekam, więc tym razem coś na wesoło- historia z wczoraj :) Jechałam do weterynarza z kotem na zastrzyk, kocisko moje w koszyku na siedzeniu pasażera, upał ogromny, ale ona uwielbia jeździć samochodem, więc było całkiem przyjemnie :) W dodatku można i z nią pogadać, bo jest bardzo towarzyska i nawet na poczekalni jak ktoś zaglądał do koszyczka, to ona odmiaukiwała po swojemu ku uciesze zaglądających :) No więc jadę, jadę, patrzę, kurna pasowałoby zatankować…..panika w oczach, bo boję się tankowania jak diabeł wody święconej. Wiem, wiem, baba za kierownicą i te sprawy….w każdym razie mam obczajony cpn, gdzie zawsze są mili panowie, służący pomocą :)

Zajeżdżam, w oczach mimo wszystko strach, bo nigdy nic nie wiadomo, pan podchodzi, więc się gramolę z auta, mówię co i jak, no i stoję przy chłopinie, drzwi otwarte, kota w samochodzie w upał nie zostawię. Pan patrzy na mnie nieufnie, więc zaczęłam się tłumaczyć, że spoko, niech robi swoje, ja sobie stoję przy nim, bo wiozę pasażera a nie zostawię go itd…Pan wysłuchał, uśmiech od ucha do ucha, zajrzał do auta, kocisko moje do niego zagadało, więc gość w ogóle się rozanielił i zaczęła się dyskusja na temat zwierząt.

- Wie pani a ja to kiedyś miałem jamnika i on też ze mną autem jeździł, na siedzeniu z przodu, nikogo nie wpuszczał jak siedział . A pani lubi koty?

-Pewnie, że lubię, już ich trochę mam w domu.

- A może chce pani jeszcze jednego? Bratowa rozdaje, bo jej kotka ma małe.

-Nie, nie, wystarczy mi tyle, ile mam, ale dziękuję za propozycję :P

Pan zatankował, poszłam zapłacić. Wychodząc, pan tankował jakimś obcokrajowcom, pomachał do mnie i krzyczy:

-To co, na pewno pani nie chce kota?

Zaśmiałam się :

-Naprawdę !!! Dziękuję za pomoc!!

-Nie ma sprawy , miłego dnia dla Pani :)

Wyjechałam uskrzydlona. Nie dlatego, że pan był przystojny i uprzejmy, nie dlatego, że mam spokój z tankowaniem na jakiś czas. Ale dlatego, że po raz kolejny okazuje się, że zwierzęta mogą przełamać lody, spowodować rozmowę z kimś sympatycznym. Że świat jednak nie do końca jest taki byle jaki a ludzie to ponuraki na potęgę :) Że nawet na głupiej stacji paliw może być ktoś, z kim można fajnie i miło pogadać :) Dziękuję Panu za podbudowanie wiary w dobroć i życzliwość ludzką :)

 

 

Zawsze pod górkę….

No nie może być tak, że wszystko się toczy i układa jak po maśle….zawsze mam pod górkę i na przekór. Robota głupiego, jak u tego, jak mu tam było? A wiem- Syzyfa znaczy się, tego, co kamień wtaczał na górę i ciągle mu spadał….

W końcu umyłam wczoraj okna. Zainspirowała mnie siostra, konkretnie jej inteligentne pytanie- „ej, ty masz takie brudne to okno w dachu czy chmury są szare?”. A żeby Cię, kozo jedna, normalnie! Więc wytargałam po południu dnia wczorajszego ciężki sprzęt, wywaliłam koty z pokoju, bo zawsze, ale to zawsze otwarte dachowe okno je interesuje i wypucowałam aż lśni. I co? Wieczorem spadł deszcz…..oprócz tego wiało, wiec dzisiaj na moim świeżusim okienku jest pełno igiełek świerkowych i inszego dziadostwa. Wrrrrr

Postawiłam samochód na parkingu. Przychodzę na drugi dzień i co widzę? Na pół szyby- ptasie gówienko!!!! Omdlałam…..jak to, moje piękne auteczko jako publiczna toaleta? Oczywiście nie zdążyłam całego zmyć, jeździłam cały dzień z brudną szybą, w końcu umyłam i co? Wieczorem lał deszcz……Szlag jasny, czy ja mam monopol na przekorę pogody czy jak?

Jedna mnie myśl pociesza. Nie jestem w tym złośliwym świecie osamotniona. Wczoraj wieczorem zgarnęłam przyjaciółkę i wybyłyśmy na zakupy. Ona akurat miała pieniądze na te zakupy, więc pojechałyśmy. Oczywiście jak na złość nie kupiła prawie nic. Czy wy też tak macie, że gdy nie szukacie niczego i jesteście bez kasy, to wszystko się wam podoba a gdy macie szansę na zakupy, trochę grosza do wydania to akurat nie ma rozmiaru, nie ma towaru albo coś w tym stylu?

Historia z dreszczykiem ku przestrodze

Wczoraj w pracy (bo pracowałam cały dzień) usłyszałam taką historię, nie wiem , czy autentyczna, ale dzielę się z Wami ku przestrodze:

Kobieta jechała samochodem przez las. Samochód osobowy, ona się śpieszyła na nocną zmianę do pracy, szarówka już była. W pewnym momencie zauważyła gałąź leżącą na drodze, była na tyle szeroka, że nie mogła jej ominąć, bo droga była wąska. Zatrzymała się, wysiadła z samochodu i próbowała ją przesunąć na pobocze. Po jakimś czasie się udało. Wsiadła do auta, w tym momencie z tyłu nadjeżdżał samochód ciężarowy. Ona odjechała a ciężarowy ruszył za nią z trąbieniem i migającymi światłami. Kobieta się zdenerwowała lekko, bo gość autentycznie jej siedział na ogonie, co przyśpieszała, to on za nią, trąbił i migał światłami. W końcu zjechała na pobocze i zatrzymała się, wysiadła z auta i tamten kierowca też. Ona do niego z pytaniem, o co mu chodzi. A facet blady i roztrzęsiony:

- Pani, jak wysiadłaś z auta i mocowałaś się z tą gałęzią, z tyłu wsiadł jakiś facet, miał siekierę w ręce. Odjechała pani tak szybko, że nie zdążyłem inaczej ostrzegać jak tylko w taki sposób.

Ona też zbladła, podbiegła do auta, otworzyła drzwi z tyłu, faceta oczywiście już nie było, został sznurek i siekiera…gdyby się nie zatrzymała, gdy tamten kierowca trąbił…..

Nigdy nie zatrzymuj się sama w lesie !!!

 

„Ukradli mi samochód”!

Z takim tekstem Pan Rysiek wpadł do pracy któregoś dnia. Pan Rysiek- emerytowany pracownik odwiedza nas często mimo swojej emerytury. A to w drodze do lekarza, a to na kawusię poranną, a to pogadać, bo mu w domu na tej emeryturze nudno.

Słysząc, że ukradli samochód, oderwałam się od monitora komputera, koleżanka zamarła.

Pytam inteligentnie:  „no ale jak to ukradli?”

Pan Rysiek: „No normalnie, zostawiłem go na parkingu, myślę sobie a to jeszcze miasto obskoczę i wpadnę do was jak zawsze, przychodzę a auta nie ma”.

Ja: „No ale jak się do niego dostali? Kluczyki Pan ma?”

Pan Rysiek: „Pani, mam, ale czy ja go w ogóle zamykałem? To tego pewny nie jestem”

No tak, często robimy coś automatycznie i  nawet nie zwracamy na to uwagi.

Pan Rysiek usiadł na krześle, wyciągnął chusteczkę, zaczął ocierać pot z czoła, w międzyczasie nadszedł kolega, więc mówimy, co i jak.  Więc kolega przytomnie doradził, że może by na Policję zadzwonić. Pan Rysiek posłuchał, wyszedł z pokoju, żeby najpierw zadzwonić po syna, potem na Policję. Wrócił po kilku minutach, usiadł na krześle i poróżowiały mu policzki. Przerażeni, że nam chłopina dogorywa, pytamy:

„Panie Ryśku, co Panu?”

„Ojjjj, wiecie co, mnie to już trza umierać chyba….samochód się znalazł…”

„Jak to się znalazł?”

„Normalnie…..zaparkowałem go w innym miejscu a nie tam, gdzie zawsze…..i zapomniałem” :D

Z pozdrowieniami dla tych, co gubią na parkingach samochody w ferworze świątecznych zakupów :D

 

Święte krowy na drogach- szkoła przetrwania za kółkiem

Nie jestem kierowcą z imponującym doświadczeniem, no i przede wszystkim jestem babą za kierownicą a to już wiele mówi. Przynajmniej dla tych, którzy się za tych lepsiejszych kierowców uważają. Ale wiecie co? Są sytuacje, w których nawet mnie szczęka opada i zastanawiam się, kto co poniektórym pozwolił jeździć samochodem.

Zazwyczaj wesoło robi się już rano, gdy jadę przed 8 do pracy i jeszcze nie do końca wyjeżdżam ze swojego miejsca parkowania a tu od tyłu już atakuje spragniony owego wolnego miejsca. Tak było dzisiaj, broń Boże, gdybym tak musiała podjechać ciut do przodu, żeby np nie wjechać w bramę sąsiadowi- nie ma opcji, moje miejsce zostało już zajęte w tempie ekspresowym. Walki o miejsca parkingowe to zresztą temat rzeka, dlatego rozpisywać się akurat tutaj nie będę, faktem jest natomiast, że czasami niewiele wystarczy, żeby zachować się po ludzku i zrobić troszkę miejsca innym. Jestem człowiek nerwowy, więc gdy mnie ktoś zastawia na parkingu, nie waham się użyć sygnału dźwiękowego (nie mylić z radiem ). Uwielbiam również zastawianie samochodem drogi dojazdowej do naszego domu, pomijam fakt, że nie mamy jak przejechać, ale gdyby tak musiała przejechać karetka, straż pożarna? Dla wielu nieistotnym jest również to, że postawiono tam znak „zakaz zatrzymywania się i postoju”.  A gdzie Wasza wyobraźnia, panie i panowie kierowcy?

Dzisiaj natomiast zwątpiłam na skrzyżowaniu. Wyobraźcie sobie, pas prawy do skrętu w prawo, lewe do skrętu w lewo, niby nic skomplikowanego…..a tu przede mną FACET (!) wrzuca lewy kierunkowskaz ,jednocześnie zjeżdżając na prawy pas i skręcając w prawo.

No i proszę mi wytłumaczyć, skąd się bierze hasło, że to kobiety jeździć nie potrafią?

Ja wiem, ja rozumiem, że się wszystkim śpieszy, ale, drodzy zmotoryzowani, czasem wystarczy troszkę spokojniej, a bezpieczniej, wystarczy wyjechać te 7 minut wcześniej izaoszczędzisz co niektórym stresu, związanego z wyjeżdżaniem z parkingu w sposób nerwowy, nie atakując przy okazji czyjegoś samochodu i miejsca.

Dwa słowa jeszcze o pieszych….to było z kolei w piątek, jechałam na drugą zmianę….ruch na drodze w mieście był całkiem spory. W okolicy szkół na przejście wtargnęła grupka małolatów, nie patrząc w ogóle na nadjeżdżające samochody. Wiem, że przejście dla pieszych, wiem, że młodzi i głupi, zagadani, ale do cholery ciężkiej….kierowca to też człowiek, samochód to maszyna, po co pakować się pod te samochody tak bezmyślnie? Jasne, że w mieście nie jeździ się szybko, ale to zawsze ryzyko, zawsze strach, że można nie wyhamować, nie zdążyć….

Jaki wniosek? Baba za kierownicą to nie zawsze zło w najczystszej postaci, na drodze przede wszystkim trzeba włączyć myślenie a czasami uruchomić jeszcze odrobinę zwykłej ludzkiej życzliwości.