Dziewczyna bez ojca zrobi dla faceta wszystko (?)

Usłyszałam ten tekst od kolegi,przemyślawszy temat, przywołując znane sobie historie, dzielę się z wami moimi przemyśleniami.

Ewa zakochała się w księdzu.  Facet, bo ksiądz głupio brzmi, był przystojny, fakt, zaimponował dziewczynie swoim zainteresowaniem jej osobą. To przede wszystkim. Ona, wychowywana jedynie przez matkę, bo ojciec pracował za granicą, urzeczona była tym jego zainteresowaniem, pytaniami o to, jak się czuje i co u niej słychać. Imponowało jej, że taki mężczyzna może się nią martwić, być ciekawym jej życia, zainteresowań. Znajomość rozwijała się, ona zakochiwała się coraz bardziej, jemu ona też nie była obojętna, ale był ostrożny. Ona swoje uczucia przelała na niego, on był dla niej autorytetem, opiekunem, ojcem, facetem.

Aż w końcu przyszedł czas, że jego przenieśli w inne miejsce. Ona została osamotniona, bo dla niego poświęciła przyjaciół i czas wolny. Dla nich ta znajomość była dziwna i trudna do zaakceptowania.

Justyna nie była w domu akceptowana przez ojca. Ten miał jedynie wymagania, miała być we wszystkim najlepsza a była przeciętna. Ciągle więc jej powtarzał, jaka jest beznadziejna i nic niewarta. Więc zaczęła żyć z tymi myślami. Zainteresowanie starszego faceta przyjęła najpierw z niedowierzaniem, potem rzuciła się w tę miłość jak ćma do światła. On stał się dla niej sensem życia, wyrocznią. Nie zauważyła, że po jakimś czasie on mu zobojętniała, że przestał się nią interesować a zaczął wykorzystywać. Ona go wielbiła, błagała, żeby jej nie zostawiał, żeby z nią zawsze był. Gdy znalazł sobie inną, ona wmawiała sobie, że to na pewno jej wina..nikt nie potrafił jej przegadać, że facet był po prostu byle jaki i od początku wiadomo było, że nic z tego nie będzie. Ona wydzwaniała, sms-owała, przepraszała, on nie reagował…ona błagała o szansę….

Ile takich dziewczyn jeszcze chodzi po świecie?

Z życia wzięte- czyli krematorium piwniczne :)

Wczoraj mój tatuś uznał, że najwyższa pora wygasić piec w piwnicy. Wieczory są już cieplejsze, więc w domu nie umarzniemy. Przed wygaszeniem zachciało mu się podorzucać to i owo do tego pieca. W pewnym momencie słyszę, że mnie woła, biegnę więc do piwnicy.

„Patrz, co wynalazłem w starym kredensie”

Zaglądam, sterta zasuszonych myszy :) Więc się rozczuliłam, że tak o nas koty dbają, że pewnie składały co byśmy z głodu nie padli itp. Pośmialiśmy się, po czym wyskoczyłam na chwilkę do domu. Wracam na dół i czuję, że coś śmierdzi, ale tak okropnie, że nos wywraca, ojciec żółto-zielony na twarzy. Pytam, co jest.

„No nic, chciałem sprawdzić, jak się będą te myszy paliły…..to już wiem”

Podobnie jak sąsiedzi naokoło- paliło się imponująco……

96441_myszka-hustawka

Słowo na niedzielę ….

Myśl na dziś : nikt nie potrafi tak skutecznie mi dokopać jak moja własna mamusia. Nikt mnie tak nie dobija jak ona. Dokładnie wie, jakie są moje czułe punkty, w które kopie z prawdziwą przyjemnością. Od samego rana słyszę, że nic nie robię w domu, że mnie ciągle nie ma, ona ma dość, musi się ciągle za mnie wstydzić, bo ludzie pytają, czemu ja nadal bez męża i dzieci. Bo jej znajomi się interesują, dlaczego nie jest babcią, bo ja jestem ta najgorsza, nic nie potrafię, zużywam w domu prąd i wodę, wszystko mam podstawione pod nos, obiadki nie obiadki a wdzięczności zero…..

Moja mamusia ma to do siebie, że gdy nie ma siostry w domu, to nadaje do mnie na nią a gdy nie ma mnie, to do siostry nadaje na mnie….głowę mam od rana kwadratową, bo dzisiaj uwzięła się na mnie i odpuścić nie chce aż jej  w końcu huknęłam od serca i teraz jedynie mamrocze pod nosem, ale tak, żebym na pewno wszystko słyszała. Gdyby mnie było stać na wynajęcie mieszkania i opłacenie go, dawno bym się wyniosła. Może więc najwyższa pora poszukać nowej pracy, takiej, w której zarobię choć tyle, żeby móc cokolwiek odłożyć na własne utrzymanie? Chyba przyszła pora na to, bo albo zejdę w domu na zawał, albo wyląduję w szpitalu psychiatrycznym…..

Póki co kończę kawę, karmię ekipę kocią, biorę samochód i jadę w siną dal, żeby odetchnąć od niej z daleka……może Lubego zgarnę po drodze…..do wieczora muszę się zresetować…..

Być ze sobą dla dobra dzieci?

Wspólne wyjazdy sprzyjają wymianie zdań i informacji na temat znajomych. Dowiedziałam się więc, że w małżeństwie naszych wspólnych znajomych dzieje się źle. Od razu mówię, że nie mam tu zamiaru nikogo oceniać, bo nie mam do tego ani chęci, ani prawa, bo się nie znam, ale będę wdzięczna za opinie.

Renia i Paweł są małżeństwem z kilkunastoletnim stażem, mają trójkę dzieci, najstarsze kończy gimnazjum, najmłodsze chodzi do przedszkola. Renia ma salon kosmetyczny, Paweł pracuje, nieźle zarabia. Od jakiegoś czasu Renia ma faceta na boku, spotyka się z nim regularnie, znudzona mężem, który nie ma dla niej czasu i który wieczory spędza przed telewizorem a ona potrzebuje zrozumienia, rozmowy, miłości, seksu. Paweł wie, że ona go zdradza, ale nie ma nic przeciwko, bo jak sam się zwierzał Mojemu Lubemu, obydwoje są już sobą naprawdę znudzeni i nic ich nie łączy, od dawna ze sobą nie sypiają, więc niech ona coś jeszcze z życia ma. Na pytanie, po co to dalej ciągną, odpowiadają- „bo mamy dzieci”.

No i teraz tak- czy warto się męczyć ze sobą ze względu na dobro dzieci? Skoro ona go zdradza, on jej nie kocha, to nie wierzę, że w domu panuje normalna atmosfera, prawidłowa dla wychowania dzieci.Skoro on wie o jej drugim życiu, to nie wierzę, że w domu nagle o tym zapomina i tak sobie żyją z dnia na dzień. Moim zdaniem dzieci muszą wyczuwać, że w domu jest coś nie tak, zwłaszcza najstarsza córka. Czy nie jest tak, że tym układem krzywdzą swoje dzieci i siebie nawzajem? Przecież zdrada zawsze boli, nieważne, po ilu wspólnych latach to następuje, boli tak samo…..

Ale Mój Luby z kolei mnie zastrzelił, mówiąc, że dla tych młodszych dzieci nie jest specjalnie ważna atmosfera i nastrój rodziców, małe dzieci po prostu chcą mieć mamę i tatę przy sobie. I tu właśnie moje wątpliwości, bo dzieci są szczęśliwe, gdy ich rodzice są szczęśliwi, gdy widzą, że rodzice się kochają, że jest im dobrze ze sobą, gdy zapewniają poczucie bezpieczeństwa. A w kłamstwie nie da się żyć normalnie…..Chyba…..

A co wy o tym sądzicie?

Świąteczne babki- pozbyć się z domu staruszka

Wiecie, co to są świąteczne babki? Nie, nie chodzi o ciasto na Święta…..właśnie usłyszałam o tym zjawisku w tv i jestem tak wstrząśnięta, że muszę się uzewnętrznić….

Otóż chodzi tu o to, że na Święta rodziny masowo pozbywają się z domu starszych, schorowanych ludzi, zawożąc ich pod byle pretekstem do szpitala….po czym mają spokój przez całe Święta. Zero problemów, opieka odpada, gderanie zanika. Stary równa się niepotrzebny, więc niech wynosi się na Święta a my na urlop, na wczasy !!! A potem się go odbierze udając, że tak nam bardzo ulżyło, że nic mu nie jest i może do domu wrócić. Podpytałam mamy, która jest pielęgniarką i znajomą, która też pracuje na oddziale- wszystko się zgadza- na Święta nie ma miejsc na oddziałach, bo są zapchane starszymi, niechcianymi ludźmi ! I ktoś tu ma czelność mówić o rodzinnych Świętach? I takie rodziny po oddaniu dziadka, babci, ojca, matki z czystym sumieniem przeżywają radość Świąt?

„Scenariusz za każdym razem jest prawie ten sam: do szpitala przyjeżdża starsza osoba. Przywozi ją karetka pogotowia wezwana przez bliskich albo odwożą ją sami krewni, zgłaszając zasłabnięcie, złe samopoczucie, ból w klatce piersiowej. Lekarze w szpitalu oceniają stan pacjenta i decydują, że chorego trzeba ustabilizować, hospitalizować. Trafia więc na oddział. A po zakończonym leczeniu, znów karetką, pacjent odwożony jest do domu. I tu niespodzianka: dom zamknięty na głucho, rodziny nie ma, bo wyjechała” (Gazeta.pl)

Zastanawiam się, z jakiego powodu można pozbyć się z domu członka rodziny. Nie pasuje do nastroju? Czy może do świątecznych dekoracji? A może wstyd przed gośćmi, bo jeszcze by powiedział coś niestosownego….

Nie ogarniam, nie rozumiem i nie chcę zrozumieć, bo gdybym zaczęła ich tłumaczyć to byłoby źle ze mną……

Żeby Bartuś był zdrowy

Pamiętam, jak kilka lat temu pierwszy raz brałam udział w ogólnopolskim projekcie pomocy rodzinom ubogim i poszkodowanym przez los. Generalnie w skrócie polegało to na tym, że odwiedzaliśmy rodziny wielodzietne, potrzebujące, wskazane przez ośrodki pomocy społecznej albo księży lub szkolnych pedagogów. Przeprowadzaliśmy z nimi ankietę, anonimową rzecz jasna, w której przedstawiali swoją sytuację życiową, dochody i wydatki a następnie mówili, czego najbardziej potrzebują.

Razem z koleżanką pojechałyśmy do jednej rodziny do wioski oddalonej o kilka kilometrów od naszego miasta. Oni już czekali, bo zasada jest prosta- najpierw trzeba do takiej rodziny zadzwonić i wypytać, czy w ogóle życzą sobie pomocy i wizyty, jakby nie było, obcych ludzi. Pojechałyśmy, nie ukrywam, z duszą na ramieniu, bo niewiele o nich wiedziałyśmy oprócz tego, że w domu jest 7 dzieci a jedno jest chore.

Więc zajechałyśmy na podwórko, dzwonimy, weszłyśmy, wszyscy byli w domu, zebrani w jednym pokoju, w którym było wszystko od zabawek najmłodszego, po ubrania kończąc. I wszyscy wpatrzeni w nas, co my za jedne i czego chcemy. Opowiedziałyśmy o co nam chodzi i czego od nich chcemy. Napięcie powoli ustępowało a dzieciaki zaczęły się oswajać, rodzice, początkowo nieufni i skrepowani, zaproponowali herbatę. No i zaczęliśmy rozmawiać. Wtedy się okazało, że najmłodszy chłopczyk- 2 latek- ma raka, którego wykryto dość przypadkowo, bo coś go bolało i rodzina ledwo wiąże koniec z końcem. Bartusia zobaczyłyśmy po kilku minutach, a raczej najpierw zobaczyłyśmy ogromne niebieskie oczy, potem całą resztę. Jak mówiła mama Bartuś miał kiedyś piękne blond loki, ale niestety, stało się jak się stało….Jeździli z nim do oddalonego o kilkaset kilometrów Centrum Zdrowia Dziecka, w domu zostawały same dzieciaki, pod opieką najstarszego syna. Niewiarygodne było, z jaką miłością wszyscy się do siebie odnosili i jak w tym domu było sympatycznie i wesoło mimo choroby Bartusia. Oni chyba po prostu wiedzieli, że nie mogą rozpaczać i poddać się, bo razem dadzą radę.

Pod koniec ankiety pada zawsze pytanie o marzenia, czyli coś szczególnego, co chcieliby otrzymać. I wiecie co? Najpierw nikt nic nie mówił, chyba nie byli przyzwyczajeni, że ktoś ich w ogóle pyta o marzenia. Aż w końcu z kąta odezwała się niewiele starsza od Bartusia siostrzyczka: „Ja marzę o tym, żeby Bartuś był zdrowy”.

Płakałyśmy całą drogę do domu……