Co w trawie piszczy

Powróciłam po tych kilku dniach. Pewnie niektórzy się zastanawiali, co i jak, więc tłumaczę. Od piątku do niedzieli miałam u siebie na wsi festiwal. Trzy dni pracy po kilkanaście godzin w upale i ciągle biegiem. Nawet własne imieniny świętowałam w pracy. Ale nie ma tego złego. Chorea Kozacka odśpiewała mi najpiękniejsze sto lat, jakie w ogóle słyszałam. Bo to impreza ludowo-folkowa była, z piosenkami i pieśniami tradycyjnymi, z tańcami i przyśpiewkami. Niesamowita sprawa. Jeśli chcecie, poszukam filmików z taką muzyką i wrzucę jutro.

W piątek byłam w pracy 14 godzin, więc zaparkowałam nie w garażu, żeby nie tłuc się po nocach a na parkingu. No i w sobotę rano jakiś mistrz kierownicy zahaczył o mój tylni błotnik. Jak jeszcze raz usłyszę, że baba za kierownicą to samo zło, to przysięgam- zabiję ! Bo się okazało, że chłopak zostawił mi za wycieraczką kartkę z telefonem i przeprosinami. Na szczęście błotnik już przyklejony i nic poważniejszego się nie stało. W niedzielę A. spadł z 1,5 metra i było podejrzenie, że się połamał. Nie ruszał lewą ręką w ogóle a jak już on mówi, że go boli, to boli faktycznie. Ostatecznie okazało się, że jest tylko mocno poobijany. Ale czasu dalej nie ma. A ja się chyba powoli na to uodparniam. W tym sensie, że coraz mniej o tym i o nim myślę. Co chyba jest nienajlepsze dla nas, dla niego….jakaś bariera ochronna chyba mi się tworzy i zaczynam funkcjonować w swoim świecie, bez niego. Po prostu. Nie mam innego wyjścia.

Przez weekend zdążyłam się zakochać w muzyce łemkowskiej i ruskiej, poznać fajnych ludzi z pasją i tym staram się wypełniać te momenty, w których tęsknię za A. Ale skoro on jest tak bardzo zajęty…..trudno. Po weekendzie, w poniedziałek i wtorek musiałam odespać. Mój organizm ma to do siebie, że trzyma pion i poziom w momentach napięcia i nie odczuwa zmęczenia. Natomiast po wszystkim, gdy już nerwy puszczają, padam na pysk jaka długa. I tak było w poniedziałek po południu. Nie szło się ze mną dogadać. Ale już jest lepiej.

Więc wybaczcie, że mnie nie było. Od jutra będę tu regularnie :) Lecę do Was na blogi, bo aż mi głupio, że nie wiem, co u was :)

Czy można mieć przesyt?

- Jeszcze trzy miesiące- westchnęłam wczoraj, siedząc z A. – i wracam do was, do pracy do miasta, już się nie mogę doczekać.

- Chyba zwariowałaś, a do czego chcesz tu wracać? Tam masz przecież idealnie, spokój, sama sobie wszystko robisz jak chcesz.

- Noooo ale tęskni mi się za ludźmi, za wami, za pracą na wyższych obrotach….

- A ja sobie nie wyobrażam znowu pracować razem, z Tobą…..chyba się pozabijamy albo zanudzimy sobą.

-Ale jak to?

-Normalnie…..bo ja w pracy nie patrzę, czy to Ty, czy ktoś inny, więc jak mnie coś wkurzy, to mogę i Ciebie opierdzielić…. w pracy musimy się zachowywać….normalnie…..a najlepiej trzymać się z daleka od siebie…..

-…………..

-W sumie….to się boję, że będziemy mieć przesyt siebie. W pracy razem, po pracy razem…..więc nie gadaj, że chcesz tu wrócić.

-Nie martw się, będę ci schodzić z drogi…..

Czy można mieć przesyt siebie?

Baby są jakieś inne, czyli dlaczego wolę pracować z facetami

Miał być inny wpis…..ale cóż, kipię od nadmiaru emocji, więc się muszę wyżalić. Nie lubię pracować z kobietami….a raczej z babami. Bo kobieta a baba to dla mnie dwie różne osoby. Więc z babami nie lubię- są zawistne, zazdrosne i mają tysiące problemów tam, gdzie ich nie muszą mieć. Nie wiem, dlaczego, ale baby nie potrafią się między sobą dogadać, mało tego, nie dogadują się nawet z innymi przedstawicielkami swojej płci.

Przykład? Nasza pani sprzątaczka dajmy na to. Kobieta, która, nie ubliżając nikomu, nie bardzo umie się odnaleźć w zakresie swoich czynności. Nie, ona zawsze będzie wiedziała najlepiej, skrytykuje każdego, począwszy od instruktorów, choreografów, sekretarki, dyrekcji, skończywszy na osobach, które do nas wpadają coś załatwić. Wypadałoby powiedzieć „masz mopa?” to się nim zajmij a nie interesuj się wszystkim, co do Ciebie nie należy. Odkąd jestem na wsi, mam od niej spokój, ale ona co jakiś czas o sobie przypomina. Ostatnio ośmieliłam się poprosić o pomoc od głównej instytucji, gdzie owa pańcia pracuje, to usłyszałam, że powinnam być bardziej operatywna. Ja!!!! Święci pańscy, trzymajcie mnie !!!! I mówi to ta krowa, co dwóch krzeseł nie przytrzyma, bo niby nie daje rady a ja u siebie śmigam ze stołami tam i z powrotem. Ale nie, bo poprosiłam, żeby ktoś mi raz pomógł…jak śmiałam…..Najgorsze, że ona te swoje zjadliwe uwagi wygłasza za plecami zainteresowanych, nigdy nie powie w oczy, co ją boli i o co jej chodzi. Gdyby mi to powiedziała wprost, o gwarantuję, pogadałybyśmy sobie czule. Baba odstrasza więc wszystkich gości, współpracowników i dzieci, przychodzące na zajęcia. Odstrasza swoją wredotą, zawiścią i złośliwością,ale taką byle jaką na zasadzie- tak bo tak, to ja mam zawsze rację a ty się nie zgrywaj, bo jesteś głupia.

Wolę pracować albo sama, albo z facetami. Przynajmniej nie ma niepotrzebnych spięć i konkurencji. Fakt, mamy jednego takiego, co jest leniem śmierdzącym i nie można na nim polegać, ale zdecydowana większość facetów jest jednak łatwiejsza we współpracy. Każdy robi swoje, każdy zna swoje miejsce i razem współpracuje się idealnie, bez spiny i dla wspólnego dobra. Proste? Proste. Ale nie dla niej, bo ona nienawidzi, jak ktoś z kimś się lubi, jak ktoś z kimś pracuje….Potrafi wypomnieć z krzywym uśmieszkiem na gębie, co sobie kupiłaś, z kim gadałaś…..porażka. Jedna wielka chodząca masakra…..A może to ja po prostu jestem jakaś inna?

7c7725511b5e00cf8d4901c39dae756f

Niech nam żyją „życzliwi”, czyli jak się nie dać zwariować

Dziś będzie o mojej ulubionej kategorii ludzi, czyli o „życzliwych”.

Taki ktoś zawsze wie o Tobie to, czego Ty sam jeszcze wiedzieć nie możesz tudzież doniesie Ci o sprawach, o których nie masz bladego pojęcia. Ostatnio usłyszałam, że w mojej pracy padło hasło od jednej takiej, co do tego gatunku się zalicza, że musi mi się dobrze powodzić, skoro mam samochód. I że na pewno na filiach lepiej się darzy albo tatuś zakupił pojazd,  okradając przy okazji pół zakładu pracy….

Krew się we mnie zagotowała, albowiem nieprawdą jest, że jest mi tak finansowo błogo a tatuś okrada pracowników, żeby jego córeczce było wygodniej. A na filii owszem, jest dobrze, bo nikt mi nie zawraca głowy plotami, pierdołami typu, kto z kim i dlaczego. Nie trawię plotek, kombinowania i tworzenia sobie ideologii typu „on z nią a ona z nim”,jestem szczera do bólu i wydawało mi się, że jeśli komuś czasami jest w życiu lepiej, to jest to powodem do radości a nie do zawiści. O święta naiwności moja! Rzeczywistość jak widać skrzeczy głosem pseudo koleżanek, które zawsze, ale to zawsze wiedzą lepiej i mają pomysły na Twoje życie i na całą Ciebie. Mało tego, swoimi pomysłami potrafią dzielić się z połową miasteczka aż w końcu forma całkowicie zniekształcona dociera i do Ciebie. W sumie pół biedy jak do Ciebie, bo znasz prawdę, ale sęk w tym, że czsami takie półprawdy docierają do kogoś z rodziny i ten ktoś ma wtedy dylemat- powiedzieć Ci o tym czy też nie?

W podstawówce i szkole średniej moja mama na przykład wracała ze sklepu z informacjami, że jej córka chodzi na plebaniędo księdza i nie wiadomo co tam wyprawia. Rzeczona córka (czyli ja) była zaś członkiem KSM (Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży), więc często gęsto przebywała z innymi osobami swojego pokroju w salce parafialnej…..ale ziarno niepewności zostało zasiane. Wraz z czasem tematy plot się jak widać zmieniają…..

Wniosek prosty- rób , co chcesz i nie przejmuj się, ludzie i tak będągadać i jeśli zrobisz jakąkolwiek głupotę, dowiesz sięo niej na mieście :)

A co tam, wiosnę mamy :)

 

Na przekór, czyli wsi spokojna, wsi wesoła….

Parę miesięcy temu moja pani dyrektor zawezwała mnie do siebie i oznajmiła, że na rok oddelegowuje mnie do naszej placówki (czyli wiejskiego domu kultury) oddalonej od mojego miasta o jakieś 10 km. Pierwszą myślą było ” no nie, co ja tam będę robić”, dodatkowo ”życzliwe” utwierdzały mnie jeszcze w moim myśleniu, podrzucając teksty typu „zastaniesz się tam na wsi”, „zanudzisz się” itp.

Przepłakałam dwie nocy i uznałam, że trzeba stawić czoła przeciwnościom (tak wtedy o tym myślałam). Dzisiaj, po 7 miesiącach pracy „na placówce” uważam, że nie było dla mnie lepszego rozwiązania na częściowe wypalenie i znudzenie pracą w mieście. Jestem tu sama dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem, ustalam harmonogram pracy dla siebie i pani sprzątającej, zajmuję się papierologią i budynkiem od strony administracyjnej, prowadzę zajęcia dla dzieci. Przy okazji wyszło na jaw, że świat sztalug, podobrazi, akwareli i pasteli nie jest już dla mnie czarną magią i nie powoduje pustki w głowie w stylu : o co kaman? Rozwijam się przy dzieciakach, malujemy, rysujemy, wyklejamy, szukam dla nich pomysłów, wychowuję (tak tak) i z dnia na dzień przywiązuję siędo tego stanu rzeczy coraz bardziej…..

Do czego zmierzam? Ano do tego, że czasami najgorsze z pozoru rzeczy wydają się po jakimś czasie prawdziwym błogosławieństwem i darem od losu….tak na przekór :)