Święte krowy na drogach- szkoła przetrwania za kółkiem

Nie jestem kierowcą z imponującym doświadczeniem, no i przede wszystkim jestem babą za kierownicą a to już wiele mówi. Przynajmniej dla tych, którzy się za tych lepsiejszych kierowców uważają. Ale wiecie co? Są sytuacje, w których nawet mnie szczęka opada i zastanawiam się, kto co poniektórym pozwolił jeździć samochodem.

Zazwyczaj wesoło robi się już rano, gdy jadę przed 8 do pracy i jeszcze nie do końca wyjeżdżam ze swojego miejsca parkowania a tu od tyłu już atakuje spragniony owego wolnego miejsca. Tak było dzisiaj, broń Boże, gdybym tak musiała podjechać ciut do przodu, żeby np nie wjechać w bramę sąsiadowi- nie ma opcji, moje miejsce zostało już zajęte w tempie ekspresowym. Walki o miejsca parkingowe to zresztą temat rzeka, dlatego rozpisywać się akurat tutaj nie będę, faktem jest natomiast, że czasami niewiele wystarczy, żeby zachować się po ludzku i zrobić troszkę miejsca innym. Jestem człowiek nerwowy, więc gdy mnie ktoś zastawia na parkingu, nie waham się użyć sygnału dźwiękowego (nie mylić z radiem ). Uwielbiam również zastawianie samochodem drogi dojazdowej do naszego domu, pomijam fakt, że nie mamy jak przejechać, ale gdyby tak musiała przejechać karetka, straż pożarna? Dla wielu nieistotnym jest również to, że postawiono tam znak „zakaz zatrzymywania się i postoju”.  A gdzie Wasza wyobraźnia, panie i panowie kierowcy?

Dzisiaj natomiast zwątpiłam na skrzyżowaniu. Wyobraźcie sobie, pas prawy do skrętu w prawo, lewe do skrętu w lewo, niby nic skomplikowanego…..a tu przede mną FACET (!) wrzuca lewy kierunkowskaz ,jednocześnie zjeżdżając na prawy pas i skręcając w prawo.

No i proszę mi wytłumaczyć, skąd się bierze hasło, że to kobiety jeździć nie potrafią?

Ja wiem, ja rozumiem, że się wszystkim śpieszy, ale, drodzy zmotoryzowani, czasem wystarczy troszkę spokojniej, a bezpieczniej, wystarczy wyjechać te 7 minut wcześniej izaoszczędzisz co niektórym stresu, związanego z wyjeżdżaniem z parkingu w sposób nerwowy, nie atakując przy okazji czyjegoś samochodu i miejsca.

Dwa słowa jeszcze o pieszych….to było z kolei w piątek, jechałam na drugą zmianę….ruch na drodze w mieście był całkiem spory. W okolicy szkół na przejście wtargnęła grupka małolatów, nie patrząc w ogóle na nadjeżdżające samochody. Wiem, że przejście dla pieszych, wiem, że młodzi i głupi, zagadani, ale do cholery ciężkiej….kierowca to też człowiek, samochód to maszyna, po co pakować się pod te samochody tak bezmyślnie? Jasne, że w mieście nie jeździ się szybko, ale to zawsze ryzyko, zawsze strach, że można nie wyhamować, nie zdążyć….

Jaki wniosek? Baba za kierownicą to nie zawsze zło w najczystszej postaci, na drodze przede wszystkim trzeba włączyć myślenie a czasami uruchomić jeszcze odrobinę zwykłej ludzkiej życzliwości.

Nadmiar myślenia szkodzi

Do powyższego wniosku doszłam całkiem niedawno , gdy oto próbowałam się dodzwonić do pewnego faceta, którego kocham a on nie odbierał i nie odbierał…..ja oczywiście zdenerwowana i  wyobrażająca sobie, że nie wiadomo co mu się stać mogło itp.

Tymczasem On oczywiście oddzwonił grzecznie i spokojnie zapytał, co mianowicie mogło się stać. Nie odbierał, bo zostawił telefon w domu a był w pracy, więc się wyrwać nie mógł. Wtedy to uznałam,że są momenty, w których natłok myśli przeszkadza jak jasna cholera. I mam na to metodę- gdy czymś zaczynam się martwić i przejmować, szukam sobie zajęcia, najlepiej wysiłku fizycznego. W najgorszym wypadku sprzątam jak szalona :D A dzisiaj wybrałam się na rower, złe myśli przeszły jak ręką odjął a zamiast nich pojawił się ból nóg i siedzenia, bo nadal nie zakupiłam spodenek „z pampersem” :D

Piękna wiosna, nie ma co myśleć i kombinować, tworzyć własne dziwne ideologie :) Ruszajmy się !!!