Być ze sobą dla dobra dzieci?

Wspólne wyjazdy sprzyjają wymianie zdań i informacji na temat znajomych. Dowiedziałam się więc, że w małżeństwie naszych wspólnych znajomych dzieje się źle. Od razu mówię, że nie mam tu zamiaru nikogo oceniać, bo nie mam do tego ani chęci, ani prawa, bo się nie znam, ale będę wdzięczna za opinie.

Renia i Paweł są małżeństwem z kilkunastoletnim stażem, mają trójkę dzieci, najstarsze kończy gimnazjum, najmłodsze chodzi do przedszkola. Renia ma salon kosmetyczny, Paweł pracuje, nieźle zarabia. Od jakiegoś czasu Renia ma faceta na boku, spotyka się z nim regularnie, znudzona mężem, który nie ma dla niej czasu i który wieczory spędza przed telewizorem a ona potrzebuje zrozumienia, rozmowy, miłości, seksu. Paweł wie, że ona go zdradza, ale nie ma nic przeciwko, bo jak sam się zwierzał Mojemu Lubemu, obydwoje są już sobą naprawdę znudzeni i nic ich nie łączy, od dawna ze sobą nie sypiają, więc niech ona coś jeszcze z życia ma. Na pytanie, po co to dalej ciągną, odpowiadają- „bo mamy dzieci”.

No i teraz tak- czy warto się męczyć ze sobą ze względu na dobro dzieci? Skoro ona go zdradza, on jej nie kocha, to nie wierzę, że w domu panuje normalna atmosfera, prawidłowa dla wychowania dzieci.Skoro on wie o jej drugim życiu, to nie wierzę, że w domu nagle o tym zapomina i tak sobie żyją z dnia na dzień. Moim zdaniem dzieci muszą wyczuwać, że w domu jest coś nie tak, zwłaszcza najstarsza córka. Czy nie jest tak, że tym układem krzywdzą swoje dzieci i siebie nawzajem? Przecież zdrada zawsze boli, nieważne, po ilu wspólnych latach to następuje, boli tak samo…..

Ale Mój Luby z kolei mnie zastrzelił, mówiąc, że dla tych młodszych dzieci nie jest specjalnie ważna atmosfera i nastrój rodziców, małe dzieci po prostu chcą mieć mamę i tatę przy sobie. I tu właśnie moje wątpliwości, bo dzieci są szczęśliwe, gdy ich rodzice są szczęśliwi, gdy widzą, że rodzice się kochają, że jest im dobrze ze sobą, gdy zapewniają poczucie bezpieczeństwa. A w kłamstwie nie da się żyć normalnie…..Chyba…..

A co wy o tym sądzicie?

O szanowaniu siebie

Mam koleżankę, jest mężatką,ma 3-letniego synka. Ostatnio coś się u niej posypało w małżeństwie i znalazła sobie faceta „na boku”. Bo zapracowany mąż, nie ma go w domu a ona z dzieckiem, nie pracuje bo dziecko  i takie tam dyrdymały. Ten ich pseudo związek trwał jakiś czas, spotykali się, gdy mąż wyjeżdżał do pracy albo u tego kolesia. Było sielsko, on nawet chciał bardzo poznać Młodego i snuli nawet plany na wspólną przyszłość.

Aż nagle przestał się odzywać, zamilkł na półtora miesiąca a ona przeżywała i płakała po nim. Że ją zostawił, że z mężem się nie układa, że ją uderzył,  że chce go zostawić, ale nie da sobie rady sama,bo nie pracuje, bo w gruncie rzeczy on jest jej potrzebny dla pewnego komfortu życia…..że go nie kocha, ale już jego pieniądze tak.A jeszcze, że jej daje mało kasy i jest skąpy.

I tu nie wytrzymałam. Powiedziałam jej, że skoro jej tak źle, to niech się na początek spróbuje usamodzielnić. Że jeśli nie daje jej pieniędzy, to niech ona spróbuje chociaż wykazać się odrobiną samodyscypliny i może poszuka jakiejś pracy choćby na pół etatu, że musi się wziąć w garść, bo tamten ma ją daleko a ona sprawia wrażenie jakby była rozpieszczoną dziewczynką, która traktuje własnego męża jako maszynkę do zarabiania pieniędzy a szuka szczęścia na boku. Przyznała rację i chwilę był spokój aż tamten się na nowo odezwał, bajerując ją, że taki był zapracowany i w ogóle żeby się spotkali. Tyle że u niego, tyle że w weekend i wtedy, kiedy jemu pasuje. I pojechała, chociaż jej odradzałam jak mogłam. I co?

Oczywiście po upojnym seksie (zresztą jak ponoć zawsze upojnym) okazało się, że koleś wyszedł do pokoju obok i ponad 40 minut gadał przez telefon. W międzyczasie ona uznała, że coś jest nie tak, ubrała się i gdy on wrócił do pokoju, ona uciekła. Po tygodniu okazało się, że koleś przeleciał tyle dziewczyn w tym czasie gdy się z nią spotykał, że w jednym przypadku skończyło się to rozwodem gdy mąż się dowiedział. Zapomniałam dodać, że gdy się spotkali pierwszy raz, on ją bajerował, że jest  w trakcie rozwodu, bo żona go zdradzała (!!!). I znowu koleżanka moja się załamała, przepłakała swoje, zwyzywała kolesia smsowo, on ją zresztą też i dała sobie spokój. Ja dorzuciłam znowu swoje, że jest głupia i brnie coraz dalej w bagno, z którego może się nie wyplątać, ale gdzież tam…..

Ostatnio koleś do niej znowu wypisuje……nie jestem w stanie już jej przetłumaczyć, że robi błąd, pakując się w chory układ, w którym jest na każde skinienie a koleś rzuca się na wszystko, co tylko się rusza. Że jeśli się sama szanować nie będzie, to nikt za nią tego nie zrobi a swoim zachowaniem całkowicie to potwierdza.

Czasami jest się po prostu bezradnym, cholera…..