Dziewczyna bez ojca zrobi dla faceta wszystko (?)

Usłyszałam ten tekst od kolegi,przemyślawszy temat, przywołując znane sobie historie, dzielę się z wami moimi przemyśleniami.

Ewa zakochała się w księdzu.  Facet, bo ksiądz głupio brzmi, był przystojny, fakt, zaimponował dziewczynie swoim zainteresowaniem jej osobą. To przede wszystkim. Ona, wychowywana jedynie przez matkę, bo ojciec pracował za granicą, urzeczona była tym jego zainteresowaniem, pytaniami o to, jak się czuje i co u niej słychać. Imponowało jej, że taki mężczyzna może się nią martwić, być ciekawym jej życia, zainteresowań. Znajomość rozwijała się, ona zakochiwała się coraz bardziej, jemu ona też nie była obojętna, ale był ostrożny. Ona swoje uczucia przelała na niego, on był dla niej autorytetem, opiekunem, ojcem, facetem.

Aż w końcu przyszedł czas, że jego przenieśli w inne miejsce. Ona została osamotniona, bo dla niego poświęciła przyjaciół i czas wolny. Dla nich ta znajomość była dziwna i trudna do zaakceptowania.

Justyna nie była w domu akceptowana przez ojca. Ten miał jedynie wymagania, miała być we wszystkim najlepsza a była przeciętna. Ciągle więc jej powtarzał, jaka jest beznadziejna i nic niewarta. Więc zaczęła żyć z tymi myślami. Zainteresowanie starszego faceta przyjęła najpierw z niedowierzaniem, potem rzuciła się w tę miłość jak ćma do światła. On stał się dla niej sensem życia, wyrocznią. Nie zauważyła, że po jakimś czasie on mu zobojętniała, że przestał się nią interesować a zaczął wykorzystywać. Ona go wielbiła, błagała, żeby jej nie zostawiał, żeby z nią zawsze był. Gdy znalazł sobie inną, ona wmawiała sobie, że to na pewno jej wina..nikt nie potrafił jej przegadać, że facet był po prostu byle jaki i od początku wiadomo było, że nic z tego nie będzie. Ona wydzwaniała, sms-owała, przepraszała, on nie reagował…ona błagała o szansę….

Ile takich dziewczyn jeszcze chodzi po świecie?

Czym skorupka za młodu nasiąknie- historia o Michasiu

Na studiach mieszkałam z koleżanką. Agnieszka jej na imię. Aga ma brata Michała, gdy my byłyśmy na 4 roku, on zdawał maturę. Aga i Michał nie mieli ojca, wychowywała ich mama. Któregoś wieczoru siedziałyśmy nad książkami i Agę zebrało na zwierzenia rodzinne. Okazało się, że u nich w domu mieszka książę. Książę Michał Leniwy. Otóż mama przyzwyczaiła Michasia do tego, że w domu nie musi on robić nic, tylko się uczyć. Zakupy- mama albo Aga, o ile wracała na weekendy, śmieci- mama, sprzątanie- mama, porządkowanie prania- mama. Michaś był nietykalny.

Na sugestie Agi, że przecież chłop jak dąb i korona mu z głowy nie spadnie jakby przeleciał się ze śmieciami, mama odpowiadała, że to chłopak przecież i on nie musi robić nic. Mało tego, nawet gdy Aga wracała na weekendy i harowały z mamą, na sugestie co do Michała, i mama, i on reagowali najświętszym oburzeniem. „Chłopak nie musi pomagać w domu” tłumaczyła matka syna, gdy zbierała jego brudne skarpety i gotowała pyszne obiadki. „Ma się uczyć, zdać maturę”.

Michał zdał maturę i poznał Judytę. Taki damski odpowiednik jego samego. Judyta- jedynaczka z bogatego domu, nieprzyzwyczajona do sprzątania i dbania o dom. My wróciłyśmy na studia, Michaś i Judyta zapragnęli razem zamieszkać. Akurat było wolne mieszkanie po babci Judyty. Michaś przeniósł się na zaoczne studia i zaczął dorabiać. Ale Judyta to nie była jego mama, która i ugotowała, i uprała, i podstawiła obiadek pod nos. Mało tego, Judyta nawet nie myła naczyń, no chyba, że brakowało szklanek na kawę. Nie prali, bo żadne nie potrafiło, przez miesiąc ganiali z brudnymi rzeczami do rodziców, potem mieszkanie zaczęło zarastać a oni zaczęli się kłócić. Bo brudno, bo naczynia brudne a ile można się odżywiać pizzą i zupkami w proszku? Bo nieużywany odkurzacz zaczął kłuć w oczy, koty w korytarzu fruwały pod sam sufit.

Wytrzymali tak dwa miesiące….tuż po Bożym Narodzeniu zamknęli drzwi i każde wróciło do rodzinnego gniazdka. Do posprzątanego, ciepłego mieszkanka, w którym wszyscy za nich wszystko robią…..

Jak ładnie dziś wyglądasz- sztuka przyjmowania komplementów

Zawrzało po moim ostatnim wpisie o księdzu i dziewczynkach. Nie przejmuję się rzecz jasna komentarzami typu, że to kolejny wpis kobiety, która ma problem ze sobą i w dramatyczny sposób chce zaistnieć  :) Niech wam, drodzy hejterzy, ziemia lekką będzie…

Dzisiaj chciałam napisać o tym, że nie potrafimy przyjmować miłych słów od innych. Przykład: urodziny mojej Rodzicielki, przedwczoraj. Zrobiła sałatkę, bardzo pyszną zresztą, siedzimy z Młodą i Rodzicielką, podjadamy. Nagle Mama:

- Co? Niedobra ta sałatka mi wyszła, mało słona

Ja:- no co ty, pyszna

-Ale ja myślę, że jednak mało słona, jakaś taka niedoprawiona. Pieprzu chyba mało dodałam- mówi Mama przy kolejnym kęsie

Sałatka pęcznieje nam w ustach, Młoda milczy, ja tracę cierpliwośc

-Mamo, naprawdę jest pyszna, czemu kombinujesz?

Koniec końców przegadałyśmy Mamie, że naprawdę owa sałatka jest idealnie doprawiona. Ale gdy ona nas co chwila dopytywała, co i jak, smak sałatki stawał się wyraźnie mdły. Czemu zaczynam od sałatki? Ano dlatego, że my  robimy podobnie. To znaczy- ktoś nam mówi coś miłego. My, będąc niepewne i siebie, i osoby mówiącej komplement, zaczynamy wywody. Która z was, drogie panie, słysząc komplement od faceta, mówi z uśmiechem, że bardzo dziękuje? A ile z nas od razu zaczyna gadki, że jak to, że akurat dzisiaj to ja się nawet nie umalowałam albo, że te ciuchy to już mają swoje lata, że fryzura nie taka, że coś tam i owam tam. W tym momencie normalny facet zaczyna na nas patrze naszymi oczami naszymi oczami, no i masz- faktycznie fryzura nie halo, ciuchy nie bardzo….po cholerę ja się w ogóle odzywam? A potem się dziwimy, że nikt nas nie dostrzega i nie doceni pięknego wyglądu czy ubioru.

Skoro same tych uprzejmości sobie nie życzymy, nikt nam ich narzucać nie będzie. O ile przyjemniej wygląda sytuacja, gdy na dobre słowo reagujemy uśmiechem a jeszcze lepiej (sprawdzone!) na komplement „pięknie wyglądasz”, odpowiedzieć „ty też” :) Gwarantuję uśmiech na twarzy każdego, który z uprzejmością zaczyna rozmowę :)

I tu się nam kłania wiara w siebie. Nie chodzi o to, że mamy na siłę oznajmiać całemu światu, że jesteśmy piękne i cudowne. Ale jeśli już słyszymy komplementy, to dlaczego po prostu się z nich nie cieszyć? Podnieść głowę, pierś do przodu i myśleć pozytywnie! Koniec z podejrzliwością :) Jesteśmy piękne i tyle !

 

Czego pragną faceci

Dopadło mnie….choróbsko znaczy się. Siedzę więc potulnie na zwolnieniu, bo moja pani doktor uznała, iż nie powinnam przeziębić nieszczęsnych zatok. Wykupiłam lekarstwa, w tym antybiotyk, zapłaciłam ponad 90 zł ! I pomyśleć, że niektórzy wydają tyle na leki codziennie….porażka. Ale ja nie o tym dzisiaj chciałam.

Albowiem wdałyśmy się z E. w interesując rozmowę. Tak a propos siedzenia w domu w stroju rozciągniętym, wieczorowym . Albowiem moja E. należy do kobitek bardzo o siebie dbających. Z domu bez makijażu nie wyjdzie. Zawsze się odpicuje i wygląda szałowo.  Ale gdy siedzi w domu to wiadomo- nie zawsze się ma chęci. I wiadomo- w domu się chodzi ubranym przede wszystkim wygodnie i praktycznie. No i kiedyś usłyszała od męża swego, że on ją woli w tej właśnie domowej wersji. Czyli saute. Czyli bez makijażu, w kucyku i dresie.

No i teraz pytam- czego pragną faceci? Czy mieć super odpicowaną kobitę u boku? Z mejkapem i fryzurą czy też bez mejkapową dresiarę? Bo dodam, że on zazwyczaj jej rzadko prawi komplementy, więc naprawdę musiało go to domowe wydanie ruszyć :P

Ogniskowo- życiowo

Wczoraj ze znajomymi zorganizowaliśmy u kolegi na działce ognisko- grilla. Ekipa była doborowa, przytargał się również A., co mnie miło zaskoczyło, bo ostatnio notorycznie brak mu czasu dla mnie. „Przecież ci obiecałem, że będę, to będę”- odrzekł na moje zdziwienie i mnie przytulił. Więc było fajnie, graliśmy w piłkę na działce (swoją drogą piłka to była z szatańskim kotełem Hello Kitty) przy pełni księżyca, darliśmy się wniebogłosy, bo działka oddalona od zabudowań o spory kawałek, alkohol się lał….

No i wrócił mi temat bycia ze sobą ze względu na dzieci. Wiem, pisałam o tym już, ale wczoraj znowu była rozmowa na owy temat. Mianowicie kolega- działkowiec- ma żonę i dwójkę dzieci w wieku 4 i 2 lata, koleżanka z kolei ma 3-letniego synka. Obydwoje są w małżeńskich związkach i obydwoje bardzo w nich źle czują. Jedno przez drugie narzekało, że ona jest okropna, że on żałuje tego ślubu, że jej nie cierpi, że jest nienormalna, że ma jej dość i że gdyby nie dzieci, to by ją zostawił, ale dla dzieci będzie się poświęcał. Taka sama gadka była ze strony koleżanki. Na moje nieśmiałe wtrącenie, że może szkoda się tak poświęcać, bo dzieci żal, że muszą na to patrzeć, zostałam zakrzyczana, że jak mogę się wypowiadać i że nic nie rozumiem, bo ja męża nie mam a to jest inaczej jak się go ma a jeszcze jak się ma dzieci, to się na życie patrzy inaczej. I że pojęcia to ja o życiu nie mam a tym bardziej racji w moich słowach brak. Więc znowu się wtrąciłam, że z tego, co pamiętam dokładnie, widząc w dziecięctwie kłótnie rodziców sama chciałam, żeby się rozeszli, bo nie mogłam na to patrzeć….tym samym wróciły mi wspomnienia i to te nienajlepsze.

Ale znowu zostałam zakrzyczana, więc wzięłam piwo, wstałam i poszłam w cholerę w najciemniejszy punkt ogrodu, chowając się przed nimi, przed światem, żeby w spokoju się przy pełni wypłakać. Oczywiście A. mnie znalazł, nie z nim te numery, doskonale wie, co i jak….

A ja od wczoraj intensywnie nad tym myślę….czy ja jestem nieżyciowa i nie mam racji? Czy to oni mają coś nie tak w swoich poglądach? Będę wdzięczna za pomoc w rozwiązaniu problemu, bo mnie już nic innego do łepetyny nie przychodzi…..

Czy każdy ma prawo do miłości?

Ona nigdy nie wyszła za mąż. Jakoś się nie trafił żaden, którego by pokochała. No był taki. Kiedyś, dawno temu, był…ale ożenił się z inną. Takie wtedy były czasy, że młodzi nie mieli za wiele do powiedzenia. Więc posłuchał rodziców. Urodziły im się dzieci- dwóch synów i córka. Ona wyjechała do innego miasta, niby do nowej pracy a tak naprawdę nie mogła patrzeć na jego „szczęście”. Bo na pierwszy rzut oka tak to wyglądało.

Gdy dowiedziała się, że zmarła jego żona, postanowiła przyjechać na pogrzeb. Spotkali się po 40 latach. I okazało się, że chociaż mają po 60-tce, to dawna miłość ciągle w nich mieszka. Zaczęli się spotykać, w kawiarni na kawie, w parku…było im dobrze. Było jak dawniej. Ale okazało się, że jego dzieci nie były z tego zadowolone.

„Za stary jesteś, nowej żony ci się zachciewa?”, „Jeszcze ci bara bara trzeba?” słyszał z każdej strony. W kościele patrzono na nich z pogardą i prawie wytykali palcami jak wychodzili razem po zakupy. Nawet ksiądz się uśmiechał pod nosem, gdy pewnego razu przyszli do kancelarii.

„No, no, że też jeszcze macie siłę”- zabłysnął humorem. Wyszli z kancelarii z mocnym postanowieniem, że się nie dadzą sprowokować. I że będą walczyć o siebie i swoje uczucie. Bo już raz się stracili z oczu.

Wzięli ślub, zamieszkali razem. Ludzie w końcu ucichli, bo nagle znaleźli sobie inne tematy.

Zastanawiam się, dlaczego wydaje się nam dziwne, że starsi ludzie zakochują się w sobie i chcą być ze sobą? Większości nie razi nas miłość nastolatków, młodych ludzi a oburzają się tak często widokiem starszych zakochanych….A przecież każdy ma prawo do miłości, w każdym wieku. Choćby miała trwać chwilę…..

Nie mam orientacji w terenie !

W sobotę pojechałam z moim chłopem i jego kolegami na imprezę- otwarcie klubu- w którym oni robili dźwięk i światło. No więc oni ciężko pracowali a ja mogłam robić, co chciałam. Korzystając z tego, że na scenie nie działo się nic specjalnego a pogoda była piękna, poszłam na spacer. Powłóczyłam się po mieście, zwiedziłam rynek, bo ten klub był praktycznie w samym centrum….niestety skusiłam się na zakup butów, ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że takich właśnie szukałam od dawna i znaleźć nie mogłam. Takie skórzane z rzemykami wokół kostek,takie trochę góralskie rzymianki :) Gorąco było jak cholera, wróciłam z włóczęgi do chłopaków, siedzę, siedzę….nudy….nosi mnie. A wiedzieliśmy, że gdzieś w okolicy jest Mc Donald’s. A oni na dźwięk tej nazwy jęczą, że by zjedli cheeseburgery…..więc ofiarnie uznałam- pójdę! Tylko gdzie? I tu wkroczył mój A. Wiecie, co zrobił? Pełen dobrych chęci ustawił mi nawigację w moim telefonie….i mi tłumaczy- tu niebieskie, tu masz trasę, tu strzałka zielona- to Ty. Patrzę na telefon, na strzałkę patrzę i nic nie czaję. Mówię, że nie trafię, on mi na to, żebym nawigacji zaufała (!), to mnie na miejsce zaprowadzi.

No to powzięłam postanowienie zaufania, telefon w łapkę, idę. Pani w nawigacji do mnie mówi „skręć łagodnie w lewo”. Skręcam….ale zaraz, ja to strzałka? To czemu nie ma tu tej ulicy? Dobra, idę dalej….gorąco, dobrze, że długie spodnie zamieniłam na spódnicę i tenisówki…..gdzie ja jestem? Pani do mnie nie mówi, wpadam w lekką panikę, ale idę dalej, bo już widzę ich drwiące miny. Dzwoni mi telefon

„Kochanie, jak już  będziesz na miejscu, to chłopaki chcieli….

„Jakie na miejscu?- przerywam- na razie nie wiem, gdzie k….jestem ! Coś ty mi za nawigację dał?- wrzeszczę.

„Dasz sobie radę, na pewno”

Rozłączam się…..skręcam „za 50 metrów skręć w prawo”. „Zjedź z ronda, drugi zjazd”. Jakie zjedź? Przecież kurna ja idę ! Gdzie drugi zjazd? „Zmieniam trasę”. To zmieniaj, cholera jasna! Mogłam kupić coś do picia….gdzie ten Mc Donald’s? Jakieś wykopy, koparki, okolica na Maca nie wygląda. Skręcam w lewo, docieram do głównej ulicy deptakowej, „skręć w prawo”.  A spieprzaj dziadu!  Stoję jak debil z telefonem w ręce, czytam nazwy ulic, porównuję z tymi, które widzę przed oczami…..dupa!

Wchodzę do sklepu, pytam panią, gdzie ulica, tłumaczy mi o jakichś schodach. Wracam się, szukam schodów, idę….schodzę na dół, Maca brak, pani w nawigacji nie ma mi nic do powiedzenia. Szlag z nią ! Łażę już godzinę w upale. Resztkami sił zaczepiam przechodzącą kobitkę i pytam….mówi, że mnie zaprowadzi, bo mieszka w okolicy. Prawie jej na kolanach dziękuję, prowadzi mnie cierpliwie najkrótszą drogą.

„Przejdzie pani na drugą stronę, o tam już widać, widzi pani?”

„Widzę, o matko, jak ja pani dziękuję”- mówię, kobitka się uśmiecha

Do Mc Donald’sa docieram po półtorej godzinie…..czuję, że nie mam już płuc, leje się ze mnie dokumentnie, dzwonię do A….on zamiera. To posiedź tam sobie, nie śpiesz się, odpocznij, jakby co, dzwoń. Prawie płaczę, że sobie może tę nawigację wsadzić, bo jeszcze mi od tego bateria pada…..zamawiam duże lody, połykam prawie na raz. Zamawiam im te buły,podejmuję męską decyzję, że wracam. Torba w ręce, kawa w drugiej….Pilnuję się, żeby trafić na ulicę, którą mnie prowadziła moja wybawicielka. Okazuje się, że droga powrotna zajmuje mi jakieś 15 minut ! Chłopaki na mój widok prawie klaszczą. Kanapki zżerają od razu, ja jestem ledwo żywa….tym bardziej, że moje śliczne tenisówki zdążyły mnie obeżreć. A. przerażony, chce mnie obklejać plastrami, ale nic to nie da….bo bąble są w takim miejscu, że i tak plastry zejdą. Więc zakładam nowe sandały- jedyne, które w nic nie uwierają i tak kuśtykam….W niedzielę dałam stopom odpocząć, w życiu nie miałam takich otarć….nawet na pielgrzymce ! Pieprzę nawigację i mapy! Panią gadającą w owej nawigacji również mam daleko! Niech żyje bezpośrednia komunikacja z ludźmi!

ps. Wyjeżdżając z powrotem w stronę domu nawigacja poprowadziła mojego chłopa dość okrężną drogą. Słuchając jego utyskiwań samo mi się narzuciło zdanko owe” zaufaj nawigacji, kochanie, ona cię poprowadzi” :)

Nie rezygnuj z siebie !

W niedzielę zadzwoniła koleżanka. W sumie to trochę przesadziłam, że koleżanka. Bo od jakiegoś roku albo półtora kontaktu nie miałyśmy. Mianowicie ona się zakochała. Ale tak na śmierć i życie. On miał być Tym Jedynym i Na Wieki do Grobowej Deski. Majka, tancerka z powołania, dziewczyna pełna pasji, z głową pełną pomysłów zakochała się do szaleństwa i przygasła niebezpiecznie.

Najpierw zrezygnowała z tańca, bo On był zazdrosny o jej partnera. Bo jak to tak, ona z tym obcym się kizia i mizia w tańcu? Nie może być ! Więc Majka zrezygnowała, żeby Mu pokazać jak bardzo go kocha. Potem Ona powoli zaczęła się odcinać od znajomych. Nie miała czasu się spotkać, bo każdy dzień planowała pod Jego dyktando. To znaczy: rano do Niego dzwoniła i pytała, co dzisiaj będą robić. Jeśli On miał czas, to wychodzili, spacerowali, siedzieli u któregoś z nich. Albo ona go woziła, gdy chciał się spotykać z kolegami. Bo on się ich nie wyparł.Gdy jej znajomi chcieli się z nią zobaczyć, to nigdy nie przychodziła sama. Albo z Nim, albo wcale. Więc znajomi się powoli wykruszali. Choć widzieli, że coś z nią nie tak i co niektórzy o tym mówili, ona nie wierzyła, nie chciała słuchać i miała do nich pretensje, że się wtrącają w nie swoje sprawy.

Któregoś razu Ona znalazła w jego komórce dziwne smsy od i do dziewczyny. Nie wiedziała, jak zapytać, ale się odważyła. On jej wcisnął kit, jeden, drugi, ostatecznie wyszło na to, że to ona miała wyrzuty sumienia, że mu nie zaufała i sprawa się zakończyła. Im dłużej byli razem, tym więcej planów miała Ona. Wspólne mieszkanie, rodzina, dzieci. Od mieszkania się wykręcał, bo brak kasy, bo wynająć się nie opłaca….więc nie nalegała, bo jego to drażniło.

I tak mijały miesiące, rok, dwa….byli razem, ale tak naprawdę pod Jego dyktando i Jego warunki.I któregoś dnia On jej oznajmił, że już nie są razem….bo On się zakochał w innej dziewczynie….bo ona na początku też była inna a  potem się zrobiła dziwna. Bo stała się „łatwo dostępna”, bo Mu wszystko podporządkowała….bo nie ma znajomych, pasji i szalonych pomysłów. Więc On odchodzi….bo potrzebuje więcej szaleństwa w życiu.

Dlaczego o tym piszę? Bo kiedyś byłam taka sama….bo nadal często popełniam ten błąd, że podporządkowuję swój czas Jemu a nie zawsze tak powinno to wyglądać. Bo przy całej miłości i szacunku do siebie nie wolno nam, kobietom, zapominać o jednym- że nie wolno nam rezygnować z siebie całkowicie. Bo nie daj Boże, kiedyś On odejdzie a Ty zostaniesz z …..a raczej bez….bez przyjaciół, bez pasji…kochaj, ale mądrze, zachowaj dla siebie swoją przestrzeń, nie rezygnuj z niej całkowicie, bo możesz skończyć  w osamotnieniu i smutku po stracie wszystkiego.Prawda stara jak świat,ale każdy musi do niej dojść sam….

A tak z innej beczki :) Przypominam się o polubienie na FB :)

To wstyd mieć więcej niż dwoje dzieci?

Młoda dziewczyna w dość widocznej ciąży pcha przed sobą wózek z dwójką maluchów, obok idzie ojciec, za rękę prowadzi najstarszego chłopca. Znajomi, z nią chodziłam do podstawówki. Zaraz po maturze wzięli ślub, szybko urodziło się pierwsze dziecko, potem reszta dzieciaków. Spotykamy się na mieście, siadamy na ławce, on spaceruje z dziećmi, my gadamy. Pytam jak się czuje i jak sobie radzi.

- Wiesz, jest ciężko, ale jakoś sobie radzimy. Jesteśmy razem, więc razem dzielimy opiekę nad dzieciakami, starszy pomaga, zajmuje się dziewczynkami. Ale co ja się nasłucham od ludzi…..

Zdziwiona pytam, o co chodzi.

- Bo wiesz, przy pierwszej ciąży to jeszcze było ok, ale jak Kuba miała niecały rok a ja po raz drugi zaszłam w ciążę, to było tak, że np jechałam z nim w wózku a ciążę było już widać. Wiesz, ile było komentarzy, że to niemoralne, nienormalne, że Kuba jest malutki a ja już w kolejnej ciąży? Nie wspominając o tym, jak jest teraz. Dziewczynki w wózku, Kuba za rękę a ja w kolejnej ciąży. A przecież nie jesteśmy rodziną patologiczną, dzieci są zadbane, wyczekane……A najgorsze są starsze panie, które prawie za plecami mi spluwały z pogardą.

Zatkało mnie. To jak to, tak kochamy dzieciaki a kobiecie w ciąży nie umiemy okazać normalnych ludzkich odruchów? Czy w dzisiejszych czasach nadal musimy słuchać komentarzy, że byli niemoralni i wyuzdani bo się szybko postarali o kolejne dziec? Skoro są dorośli, to ludzie drodzy, nie nasza to sprawa, że chcą mieć tyle a tyle maluchów. Każde dziecko to indywidualna sprawa rodziców, to świadomie podjęta decyzja i nie nam osądzać, ile takich decyzji zostało podjętych a ile nie. Skoro oni się zdecydowali, to moim zdaniem należy podziwiać ich za to, bo, bądźmy szczerzy, nasze państwo niespecjalnie gwarantuje jakąkolwiek politykę prorodzinną.W telewizji ciągle się mówi o niżu demograficznym, politycy zachęcają kobiety do tego, żeby miały jak najwięcej dzieci, ale ludzka mentalność jak zawsze nie idzie z tym w parze. Jakby na przekór.
Niby dzieci są traktowane jak skarb….no właśnie niby, bo dla niektórych posiadanie ich w większej ilości jest powodem do wyśmiania i niewybrednych komentarzy.

Zaryzykuję stwierdzeniem, że niektórzy ludzie są w dalszym ciągu ograniczeni w swoim własnym umyśle…..

Pani zabiła Pana…

W moim mieście ona była dość charakterystyczną postacią. Niska, chuda, wysuszona twarz, ciemne krótkie włosy, zniszczona alkoholem kobieta. Nie wiem, jak ma na imię, wiem, że raz dzwoniłam na policję i pogotowie, bo jej „facet” lał ją na rynku miasta. A ludzie stali wokół i patrzyli. Ona upadła na chodnik, siedząca na ławce ekipa meneli chichotała i dopingowała bijącego, ona mamrotała i starała się podnieść z tego  chodnika. A ludzie stali i patrzyli. Atrakcja…..Pogotowie wzięło ją do szpitala, miała podejrzenie wstrząśnienia mózgu. Poobijana wróciła po kilku dniach do swojego oprawcy.

Mieszkali w drewnianym domku za mostem, w melinie, często gęsto odbywały się tam imprezy i popijawy. Wszyscy sąsiedzi wiedzieli, że tak to wyglądało, że on ją lał jak worek treningowy, że ona chodziła do sklepu po zakupy, po alkohol też. Czasem ktoś z nią zagadał, ale zazwyczaj ona już była pod wpływem, więc nikt jej nie brał na poważnie, nawet, gdyby się skarżyła.

W tamtym tygodniu coś się w ich chatce musiało stać. Ona zniknęła, już nie widywano jej w sklepie ani na rynku, zniknął też jej konkubent. Przedwczoraj się okazało, że ona nie wytrzymała, zabiła swojego oprawcę. Nie wiem, jak, nie wiem, czemu, mogę się jedynie domyślać i domniemywać. Sąsiedzi wiedzieli, słyszeli, nikt nie zareagował. Bo co? Bo patologia? Bo jeśli on pił i ona też, to już nie zasługiwali na zainteresowanie i uwagę? Na pomoc? Czy gdybym dawno temu nie zadzwoniła na policję, to ktokolwiek by zareagował czy zatłukłby ją w centrum miasta na oczach ludzi? Ile takich tragedii rozgrywa się każdego dnia na naszych oczach?

Nie umiem sobie znaleźć miejsca, żal mi jej po prostu…..musiała być w skrajnej desperacji, skoro stało się to, co się stało…..