Niemoc mnie ogarnęła….

Oj ogarnęła….przeziębienie jakowieś mnie dopadło, uderzając tradycyjnie w zatoki. Noc była bezsenna, wytrzymuję każdy rodzaj bólu, ale ból gardła pokonuje mnie za każdym razem. Najgorsze, że nie miałam pod ręką niczego do ssania….rano po zmierzeniu temperatury okazało się, że mam…..34 stopnie…..nie wiem, jak to możliwe.

Obecnie walczę z katarem. Krople, spray na zatoki, mama mnie zaopatruje w owoce, ale apetytu brak. Smaku brak, czucia brak. Jutro więc najpewniej zaczołgam się do mojej pani doktor, bo jestem osłabiona jak nie wiem….jeśli dostanę zwolnienie, to będę się kurować w domowych pieleszach.

Z góry przepraszam za zaniedbania u Was, ale powoli nadrobię….między jednym smarknięciem z drugim :)

O sztuce robienia ludzi w balona

Dzwoni telefon, odbieram:

-Dzień dobry, dzwonię z firmy …..chciałam zaprosić Panią na bezpłatne badania w domu kultury w Państwa mieście, dnia tego i tego o tej i o tej

- Ale ja nie jestem zainteresowana, dziękuję, do widzenia- rozłączam się grzecznie.

Ale zaczynam myśleć intensywnie. Bezpłatne badania? W domu kultury?Niemożliwe! Ale spoko, i tak akurat będę wtedy w pracy, więc rzucę okiem.

No i przychodzę do pracy, tłumy ludzi, w większości starszych, schorowanych. Zdecydowana większość przywieziona albo przez rodziny, albo autobusami. Biedni, prości ludzie, którym ktoś wcisnął, że mogą uczestniczyć w „badaniach”, w dodatku bezpłatne. Starsi ludzie, którzy ufaj a tym, którzy do nich dzwonią i zapraszają, są mili i uprzejmi. Nie wiedzą, że za tę uprzejmość tamci biorą kasę a oni są ofiarami. Bo przyjdą, tamci ich przebadają, jeszcze wynajdą nie wiadomo, jakie choroby a na koniec upchną swoje lekarstwa albo komplet pościeli z wełny wielbłąda czy innego parzystokopytnego. A ludzie wierzą….nie zapomnę widoku staruszki, wiezionej na wózku przez syna zapewne. Kobietka zapytała, czy mogę ją pokierować na spotkanie z lekarzem….więc ja na to, że to nie żaden lekarz, że nie badania, że to ściema. Popatrzyła, pokręciła głową…ciekawe, co jej obiecali? Syn skomentował odpowiednio i odjechali. Ale ile takich naiwnych ludzi daje się nabrać na wyuczone frazesy? Żal….żal, że się ludzi starszych nabija w butelkę i wykorzystuje chorobę i słabości do własnych celów….Jak świat światem….tylko zmieniają się metody i reguły….

Leżę i kwiczę

Dzisiejszej nocy choroba mnie dopadła i powaliła. O 4 nad ranem dopadła mnie gorączka, wyżłopałam wszystko, co miałam w pokoju , oprócz alkoholu rzecz jasna…..Więc z rana zadzwoniłam do pracy i poprosiłam o dzień wolnego. W stawach łamało, gardło boli jak skurczykot, głowa pęka, katar powoduje, że nie mam czucia i smaku….porażka. Piję herbatę z sokiem malinowym, rozgrzewam się miksturą Choligrip Max i walczę z bólem zatok. Dzień z kawą, herbatą i książkami…..oby szybko przeszło.

Poza tym patrzę w okno, bo mieszkam na południu w jednym z województw zagrożonych powodzią. Prognozy mówią o ulewach od dzisiaj do niedzieli.  O powodzi sprzed kilku lat pisałam w jednym z postów, teraz więc wszyscy mamy się na baczności. Mnie nie zaleje, mieszkamy na takiej górce, że musiałby być potop…..ale mimo wszystko. Póki co leje z niewielkimi przerwami…..więc nie jest dobrze, niestety. Trzymajcie kciuki.

Żeby Bartuś był zdrowy

Pamiętam, jak kilka lat temu pierwszy raz brałam udział w ogólnopolskim projekcie pomocy rodzinom ubogim i poszkodowanym przez los. Generalnie w skrócie polegało to na tym, że odwiedzaliśmy rodziny wielodzietne, potrzebujące, wskazane przez ośrodki pomocy społecznej albo księży lub szkolnych pedagogów. Przeprowadzaliśmy z nimi ankietę, anonimową rzecz jasna, w której przedstawiali swoją sytuację życiową, dochody i wydatki a następnie mówili, czego najbardziej potrzebują.

Razem z koleżanką pojechałyśmy do jednej rodziny do wioski oddalonej o kilka kilometrów od naszego miasta. Oni już czekali, bo zasada jest prosta- najpierw trzeba do takiej rodziny zadzwonić i wypytać, czy w ogóle życzą sobie pomocy i wizyty, jakby nie było, obcych ludzi. Pojechałyśmy, nie ukrywam, z duszą na ramieniu, bo niewiele o nich wiedziałyśmy oprócz tego, że w domu jest 7 dzieci a jedno jest chore.

Więc zajechałyśmy na podwórko, dzwonimy, weszłyśmy, wszyscy byli w domu, zebrani w jednym pokoju, w którym było wszystko od zabawek najmłodszego, po ubrania kończąc. I wszyscy wpatrzeni w nas, co my za jedne i czego chcemy. Opowiedziałyśmy o co nam chodzi i czego od nich chcemy. Napięcie powoli ustępowało a dzieciaki zaczęły się oswajać, rodzice, początkowo nieufni i skrepowani, zaproponowali herbatę. No i zaczęliśmy rozmawiać. Wtedy się okazało, że najmłodszy chłopczyk- 2 latek- ma raka, którego wykryto dość przypadkowo, bo coś go bolało i rodzina ledwo wiąże koniec z końcem. Bartusia zobaczyłyśmy po kilku minutach, a raczej najpierw zobaczyłyśmy ogromne niebieskie oczy, potem całą resztę. Jak mówiła mama Bartuś miał kiedyś piękne blond loki, ale niestety, stało się jak się stało….Jeździli z nim do oddalonego o kilkaset kilometrów Centrum Zdrowia Dziecka, w domu zostawały same dzieciaki, pod opieką najstarszego syna. Niewiarygodne było, z jaką miłością wszyscy się do siebie odnosili i jak w tym domu było sympatycznie i wesoło mimo choroby Bartusia. Oni chyba po prostu wiedzieli, że nie mogą rozpaczać i poddać się, bo razem dadzą radę.

Pod koniec ankiety pada zawsze pytanie o marzenia, czyli coś szczególnego, co chcieliby otrzymać. I wiecie co? Najpierw nikt nic nie mówił, chyba nie byli przyzwyczajeni, że ktoś ich w ogóle pyta o marzenia. Aż w końcu z kąta odezwała się niewiele starsza od Bartusia siostrzyczka: „Ja marzę o tym, żeby Bartuś był zdrowy”.

Płakałyśmy całą drogę do domu……