Niemoc mnie ogarnęła….

Oj ogarnęła….przeziębienie jakowieś mnie dopadło, uderzając tradycyjnie w zatoki. Noc była bezsenna, wytrzymuję każdy rodzaj bólu, ale ból gardła pokonuje mnie za każdym razem. Najgorsze, że nie miałam pod ręką niczego do ssania….rano po zmierzeniu temperatury okazało się, że mam…..34 stopnie…..nie wiem, jak to możliwe.

Obecnie walczę z katarem. Krople, spray na zatoki, mama mnie zaopatruje w owoce, ale apetytu brak. Smaku brak, czucia brak. Jutro więc najpewniej zaczołgam się do mojej pani doktor, bo jestem osłabiona jak nie wiem….jeśli dostanę zwolnienie, to będę się kurować w domowych pieleszach.

Z góry przepraszam za zaniedbania u Was, ale powoli nadrobię….między jednym smarknięciem z drugim :)

O księdzu, który za bardzo lubił dziewczyny….

Oglądałam wczoraj Fakty i natknęłam się na materiał o księdzu, molestującym dziewczynki. Najgorsze, że dzieci opowiadają o tym, co je spotkało, ale nikt im nie wierzy. Mało tego, ludzie z tamtej wioski oskarżają dzieci i rodziców o kłamstwa i zarzucają brak szacunku do osoby duchownej. No wiecie co? Katastrofa! Pedofil a jeszcze żąda się dla niego szacunku?

No i przypomniała mi się historia z mojego podwórka. Prawie mojego. U mnie też był taki proboszcz. Konkretnie w wiejskiej parafii, jakieś 15 km od mojego miasta. Wysoki, słusznej postury, miłośnik motorów. Facet deczko zmanierowany na punkcie gadżetów i markowych przedmiotów. Życzliwy, owszem, ale zadufany w sobie. Wszędzie go znali, bo wszędzie miał znajomych i wiele umiał załatwić. Parafią zarządzał , jak się wydawało, dobrze, dopiero potem na jaw wyszło ogromne zadłużenie.

No i w parafii działał chór, który ksiądz prowadził. A w chórze dziewczyny. Nastolatki. Było ich trzy, na które on zwrócił uwagę. Zabierał je na wycieczki nad jezioro i na basen. Na początku wszystko wyglądało niewinnie, rodzice dziewczynek nie mieli nic przeciwko, bo one były zachwycone.

Ale któregoś razu wróciły jakieś inne, ciche i nieswoje. W końcu jedna zwierzyła się matce, że ksiądz je dotykał w intymne miejsca. Zdarzało się to na owych wspólnych wyjazdach i to nie raz ani nie dwa razy. Z dokładnością dzieci odpowiadały na pytania rodziców.  Przerażona matka opowiedziała o wszystkim w szkole- pani nauczycielce rzecz jasna. Pani wezwała na rozmowę pozostałe dziewczynki i każda mówiła to samo.

I wtedy sprawa się rozeszła po wsi. I zaczęła się nagonka na dzieci i ich rodziców. Wieś podzieliła się na dwa obozy- za i przeciw księdzu. Część wygrażała dzieciom i rodzicom, część popierała działania, bo wszczęto dochodzenie w tej sprawie. Ale dzieciom było coraz trudniej. Dziewczynki w szkole wytykano palcami i zarzucano opowiadanie bajeczek. Któregoś wieczoru jedną z dziewczynek rodzice znaleźli powieszoną na strychu własnego domu.

Wtedy sprawa ucichła, dziewczynki wycofały zeznania, rodzice nabrali wody w usta. Dziewczynkę pochowano, ksiądz odprawił mszę….

Sprawa w sądzie zakończyła się tym, że księdza przeniesiono do innej parafii. Nawet nie zakazano kontaktu z dziećmi, zabroniono natomiast zbliżania się do byłej już parafii. Przebywa w domu pobytu księży seniorów. Podobno nieźle sobie radzi.

Dlaczego otoczenie nie wierzy ofiarom a wspiera katów? Dlaczego nie wierzy się krzywdzonym dzieciom?

Pytania bez odpowiedzi….

O alkoholu i ludzkiej głupocie

Kolejna celebrytka w naszym kraju spowodowała wypadek po pijanemu. Czy ludziom się już całkiem we łbach poprzewracało? Jakaś moda na zabijanie siebie i innych pod wpływem zapanowała? Zastanawiam się, co trzeba mieć pod kopułą, żeby wsiadać do samochodu pijąc wcześniej alkohol. Nieważne, ile, ważne, że w ogóle. Moja babcia przechodziła na pasach, zabił ją rozpędzony, pijany gówniarz. Zginęła na miejscu, taka była siła uderzenia. Ile jeszcze wypadków musi się zdarzyć, żeby ludzie wreszcie poszli po rozum do głowy i pojęli, że po alkoholu i środkach odurzających nie jeździ się samochodem.

Kiedyś usłyszałam tekst następujący: Ty nie jeździsz po piwie? No co ty, ja to nie jeżdżę bez piwa! Ręce mi opadły i wszystko inne też. Mój Ty Boże…Wsiada taki baran za kierownicę, nie kontaktuje, w najlepszym razie rozwali samochód i zrobi krzywdę sobie, w najgorszym- niesie śmierć wokoło. I to ma być niby takie ekscytujące? Dojadę czy nie dojadę? A przechodnie? Niech uważają, to nie mój problem.

Na ludzką głupotę chyba nie pomoże nawet najlepiej skonstruowana kampania ani najpopularniejsi celebryci. Bo ośmielam się zauważyć, że dopóki pijani pseudo kierowcy sami się nie zorientują, że źle robią, nikt im tego do łba nie wbije. Oby tylko nie było na to zorientowanie się za późno….

Sałatka z makaronem ryżowym

Dawno nie było przepisów, więc postanowiłam nadrobić. Dzisiaj sałatka z makaronem ryżowym i kurczakiem. Makaronem ryżowym takim chińskim, najlepiej z Tao Tao. Makaron ów jest biały i cienki jak niteczki. Specyfiką jest to, że się go nie gotuje, wrzuca jedynie do zagotowanej wody i odstawia na 3 minuty pod przykryciem. Po czym się odcedza jak każdy normalny makaron :)

A więc potrzebujemy:

-makaron ryżowy Tao Tao- nitki

-dwa pojedyncze filety z kurczaka

-papryka czerwona

-słoiczek pieczarek marynowanych

- puszka kukurydzy

- pęczek kopru

- jogurt naturalny mały

-majonez

-przyprawy wedle uznania

Gotujemy wodę na makaron, zagotowaną zestawiamy, wrzucamy makaron na 3 minuty pod przykryciem, odcedzamy. Gotujemy kurczaka, kroimy na małe kawałeczki. Kroimy paprykę- w kosteczkę, kroimy pieczarki, dodajemy kukurydzę, siekamy koperek i też dodajemy.

Dodajemy wymieszany jogurt naturalny- ok. 2 łyżki jogurtu i 2 majonezu. Doprawiamy do smaku vegetą, solą, pieprzem :) Jak kto lubi :)

Ps. Dla spragnionych dobrego filmu polecam najnowszy W. Allena „Magia w blasku księżyca”, wybrałyśmy się wczoraj na tenże film do kina i jesteśmy zachwycone :) Na Fb wrzucam zwiastun :)

Urlopowo- deszczowo

Jestem :) Mija mi połowa urlopu….ci, którzy śledzą mnie na FB, wiedzą, że ostatnio deszczowo u mnie. Ale to nic, takie dni z nudą też są potrzebne, ostatecznie gdy wrócę do pracy, na pewno zatęsknię za takimi.

Jak mija urlop? Głównie z przyjaciółkami. A. jest „zajęty”. Uczę się więc spędzania czasu bez niego. Gdybym liczyła na niego, pewnie byłabym najbardziej sfrustrowaną kobietą na Ziemi. A więc jeżdżę- do siostry na zawody, odwiedzam przyjaciółkę i chrześniaka, czytam….za nami cudny babski wieczór, E. spakowała Młodego do dziadków a my spotkałyśmy się u niej- ja, siostra, E. i M.Cztery baby ! Takie sabaty czarownic są najlepsze, zwłaszcza, gdy na drugi dzień nie trzeba wcześnie wstać do pracy. Można się wygadać, wypłakać i poczuć, że się nie jest samym. Przy okazji wpadłyśmy na pomysł, że w piątek wybywamy na całą noc. Zarezerwowałyśmy hotel i lożę w nowootwartym klubie w mieście oddalonym od naszego i po prostu mamy zamiar się dobrze bawić :)

Jakie plany na najbliższy tydzień? Hmm zależeć to będzie od pogody….być może uda się gdzieś wyskoczyć, mamy z Młodą takie plażowe plany, ale cóż….

Przepraszam za zaległości u Was, nadrobię :)

Czego lepiej nie pokazywać ….

O tym, że Facebook jest fajny i przydatny, wiedzą wszyscy. Mówię tu o odnowieniu kontaktów z dawno nie widzianymi ludźmi albo o możliwości rozmowy z tymi, którzy są gdzieś daleko i innej opcji kontaktu nie ma. Natomiast wzięłam sobie ostatnio na celownik zdjęcia, wrzucane na profilach znajomych. No i …..no i…..no i jestem zdziwiona tym, że takie zdjęcia ktokolwiek może zamieszczać bez wstydu i bezmyślnie.

Mam jedną znajomą, która na swojej tablicy ma chyba ze 30 albumów swoich dzieci. Z każdego miesiąca album ze średnio 50 fotkami dziewczynek w rożnych miejscach, ubraniach (albo i bez). Zdjęcia fajne, tylko….tylko nie wiem, czy zdaje sobie sprawę, że każdy może je obejrzeć….i ten, co lubi dzieci, i ten, co szczególnie kocha małe dziewczynki. Pomijam fakt, że dziewczynki dorastają i pewnie już niedługo będą świadome tego, że mamcia wrzuca ich zdjęcia w negliżu na widok publiczny.

Inna znajoma z kolei namiętnie wrzuca swoje zdjęcia z rąsi, robione przy różnych okazjach. I jest np podczas leżakowania w parku, podczas treningu na siłowni. Za każdym razem ta sama mina: wytrzeszczone oczy i dzióbek….albo spogląda zalotnie od dołu na fotografującego (czyli siebie), albo od góry. Obowiązkowo wielgachny dekolt i wypływający zza owego biust….Porażka!

Jeśli już chcemy zamieszczać zdjęcia u siebie- wolno nam! Nie chcę się czepiać ani mądrzyć, bo fotografem nie jestem. Ci, którzy polubili Ineczkę na FB widzą zresztą, że czasem wrzucam to i owe zdjęcie, zrobione tymi oto ręcami. Ale….naprawdę warto dwa razy albo i trzy razy pomyśleć, zanim jakiekolwiek zdjęcie czy to dziecka, czy to swoje- wrzucimy do Internetu. Albo ustawić sobie opcję, że nasze prywatne zdjęcia mogą zobaczyć jedynie nasi znajomi. Tylko wtedy już chwalimy  się mniejszej rzeszy odbiorców….

Coś za coś…..

d19b589350_przyznajty_tez_po_dodaniu_zdjecia_na_fb

Ogniskowo- życiowo

Wczoraj ze znajomymi zorganizowaliśmy u kolegi na działce ognisko- grilla. Ekipa była doborowa, przytargał się również A., co mnie miło zaskoczyło, bo ostatnio notorycznie brak mu czasu dla mnie. „Przecież ci obiecałem, że będę, to będę”- odrzekł na moje zdziwienie i mnie przytulił. Więc było fajnie, graliśmy w piłkę na działce (swoją drogą piłka to była z szatańskim kotełem Hello Kitty) przy pełni księżyca, darliśmy się wniebogłosy, bo działka oddalona od zabudowań o spory kawałek, alkohol się lał….

No i wrócił mi temat bycia ze sobą ze względu na dzieci. Wiem, pisałam o tym już, ale wczoraj znowu była rozmowa na owy temat. Mianowicie kolega- działkowiec- ma żonę i dwójkę dzieci w wieku 4 i 2 lata, koleżanka z kolei ma 3-letniego synka. Obydwoje są w małżeńskich związkach i obydwoje bardzo w nich źle czują. Jedno przez drugie narzekało, że ona jest okropna, że on żałuje tego ślubu, że jej nie cierpi, że jest nienormalna, że ma jej dość i że gdyby nie dzieci, to by ją zostawił, ale dla dzieci będzie się poświęcał. Taka sama gadka była ze strony koleżanki. Na moje nieśmiałe wtrącenie, że może szkoda się tak poświęcać, bo dzieci żal, że muszą na to patrzeć, zostałam zakrzyczana, że jak mogę się wypowiadać i że nic nie rozumiem, bo ja męża nie mam a to jest inaczej jak się go ma a jeszcze jak się ma dzieci, to się na życie patrzy inaczej. I że pojęcia to ja o życiu nie mam a tym bardziej racji w moich słowach brak. Więc znowu się wtrąciłam, że z tego, co pamiętam dokładnie, widząc w dziecięctwie kłótnie rodziców sama chciałam, żeby się rozeszli, bo nie mogłam na to patrzeć….tym samym wróciły mi wspomnienia i to te nienajlepsze.

Ale znowu zostałam zakrzyczana, więc wzięłam piwo, wstałam i poszłam w cholerę w najciemniejszy punkt ogrodu, chowając się przed nimi, przed światem, żeby w spokoju się przy pełni wypłakać. Oczywiście A. mnie znalazł, nie z nim te numery, doskonale wie, co i jak….

A ja od wczoraj intensywnie nad tym myślę….czy ja jestem nieżyciowa i nie mam racji? Czy to oni mają coś nie tak w swoich poglądach? Będę wdzięczna za pomoc w rozwiązaniu problemu, bo mnie już nic innego do łepetyny nie przychodzi…..

Zastaw się a postaw się- wesele !

Sezon weselny w pełni. U mnie na wsi również. ze trzy miesiące temu przyszła do mnie do biura parka. Z zapytaniem, czy na sierpień są terminy na wolną salę, bo oni się pobierają. oho….widocznie się im śpieszyło, patrząc na niewielki brzuszek przyszłej panny młodej. Termin się znalazł, odetchnęli. Jakiś czas później wpadła znajoma, która ową parę zna, zresztą na wsi każdy zna każdego. No i zagadała o nich, mówię, że owszem, wynajmują, że ślub i w ogóle. Weselicho ma być ogromniaste, więc kasy mnóstwo pójdzie.  Znajoma na to:

- Babo, toż oni jak się dowiedzieli o ślubie a najpierw o ciąży, to ojciec kredyty wziął na wesele! Wszystko musi być! Tydzień gotowania, strojenie sali nocami, przygotowania pełną parą, żeby się pokazac !

Okazuje się, moi drodzy, że żyłam do tej pory w beztrosce, że aż mi wstyd. Bo w tej rodzinie i z tego, co się dowiedziałam- w wielu tu na wsi- wesele służy temu, żeby się od najlepszej strony pokazac światu. Nieważne, czy jest w domu kasa, jeśli nie ma, to się pożycza i już. Tym bardziej, gdy z owego domu pochodzi panna młoda, tym bardziej, gdy zachodzi w nieplanowaną ciążę. To tak działa- jeśli już córka zhańbiła rodzinę, to niech cały świat a na pewno wieś wie, że oni się wcale tego nie wstydzą, mało tego- że się z tym obnoszą. Że stac ich na weselicho z luksusami- balonami, dekoracjami, gołąbkami wypuszczanymi pod kościołem, limuzyną, żarciem po sam sufit. Nieważne, że trzeba będzie się zapożyczac- tu chodzi w końcu o dobre imię rodziny i córki!

Pamiętam, byłam kiedyś na takim weselichu u koleżanki ze studiów. Też było wyprawiane piorunem ( z wiadomych względów ) w Domu Strażaka. No i tak- prawie 200 osób, bo obowiązkowo zapraszano wszystkich, nawet nieznajomych krewnych, sala mała, bez klimatyzacji, jak usiadłam, to bałam się, że się z powrotem już nie wcisnę, taki był tłok. Walka o miejsce siedzące jak w mordę strzelił! Podłoga do tańczenia na zewnątrz, więc nie daj Boże jak się chciało zahulac, to z dusznej, nagrzanej sali w sam raz przez pole (a jesień to była). Moja mama też była na owym weselu, dwa dni bolało ją gardło tak zmarzła.

Pytam się więc- czy to naprawdę się opłaca? Branie kredytów, zadłużanie się tylko po to, żeby inni widzieli? Na miejscu państwa młodych chyba bym się załamała z powodu takiego poświęcenia rodziców….nie lepiej to skromnie i w granicach budżetu?

U kogo rosną paprotki?

Żyję ! To tak tytułem wstępu….tylko upały męczą jak cholera i po powrocie do domu z pracy padam…..

Ale za to :) Dzisiaj siedzę w biurze…przychodzi kobitka,zagląda do mnie.

-o jakie pani ma kwiatki!

-a mam, mam- z dumą odpowiadam, patrząc na moje paprocie i insze-najładniej ta paprotka mi rośnie

- o tak….mojej babci tak właśnie zaczęła rosnąć niedługo przed jej śmiercią…..

-mhmmmmmm

Także tak……gdyby mnie nie było bardzo długo, znaczy, że paprotka działa :)

Szatańskie wybryki z kotem w tle

Po moim miasteczku krąży sam diabeł! Tak, tak, Ineczka się nie opiła, wie, co mówi! Diabeł ów krąży pod dwiema postaciami. Dzisiaj przedstawię jedną, niedługo skupię się na drugiej. Albowiem takie informacje należy dawkować, żeby szoku nie przeżyć od uświadomienia….

Pierwsza z nich to niepozorny kociak z kokardką i różową sukienką na sobie. Jeśli już wiecie, że to Hello Kitty, to wiedzcie, że coś się dzieje. Znaczy, że być może i po was ów diabeł już przyszedł. Śmiechu nie ma, ale za to jest pełna powaga w przedszkolu, prowadzonym przez siostry zakonne w moim mieście. Siostrzyczki mianowicie wydały zakaz ubierania dzieci w ciuchy z owym szatańskim kotem, mało tego, dzieci nie mogą mieć niczego, co by owego koteła na sobie posiadało- od majtek po sukienki, na spinkach i zeszytach kończąc. Powód? Ależ bardzo proszę- tadam!

„Według hiszpańskich źródeł postać kociaka została stworzona przez zrozpaczonego ojca, którego chora na nowotwór córka umierała. Ojciec, by ratować życie dziecka, zawarł pakt z demonem, ofiarowawszy za ocalenie życia swej córki stworzenie symbolu, który będzie czczony w świecie, oczywiście ku chwale piekieł. Nazwa jest następująca: Hell (piekło) ‚o’ Kitty (imię córki)’.

Najbardziej podoba mi się natomiast wyjaśnienie o braku ust owego kociaka….

W ocenie diecezjalnego egzorcysty z Białegostoku, to właśnie zdradza, iż Hello Kitty ma ścisłe związki z Szatanem. – Hello Kitty to zabawka i postać z bajki demoniczna. Na pierwszy rzut oka – sympatyczny kotek. Twórca tej postaci miał syna czy córkę… Dziecko było bardzo chore na nowotwór jamy ustnej. Poprosił jakiegoś demona o uzdrowienie. Dlatego kotek nie ma ust – wyjaśniał”

I ludzie w to wierzą! Mało tego, siostry prowadzą nawet wykłady dla tych opornych rodziców, żeby im uświadomić ich ignorancję oraz tragiczne skutki, jakie niesie obcowanie dzieci z Hello Kitty. Dzieci mogą wszak zostać przez ową opętane….na wszelki więc wypadek należy jej zakazać w katolickim przedszkolu.

Ostatnio zaś widziałam samochód z nalepką z owym kociakiem i napisem „Hello Kitty crew”. Wyobrażacie sobie, jakie moce muszą drzemią pod maską tak diabelskiego powozu? I kim musi być właściciel i kierowca owego auta, skoro jest w załodze samego szatana?

indeks