Po trupach do celu! Zamieszki na pogrzebie

W moim mieście jest taka jedna kobitka. Po 50-tce na pewno, niczym się nie wyróżniająca. Na pierwszy rzut oka przynajmniej. Bo owa pani jest chodzącą bazą danych naszego miasteczka. Wie wszystko- kto i z kim, ile razy, z kim pani K. ma dziecko i co się stało z jej mężem, kto na co choruje i jakie miał operacje. Kiedyś dopadła i mnie. Spotkałyśmy się na poczekalni u okulisty i zagadała do mnie:

- A co Ty teraz w życiu robisz w ogóle?

-Pracuję- odpowiadam, zastanawiając się, co jej jeszcze rzec, żeby się odczepiła.

Niepotrzebnie się zastanawiałam, bo tak naprawdę nie potrzebowała więcej informacji

- A bo ja to kiedyś myślałam, że ty do zakonu pójdziesz, pamiętam jak śpiewałaś pod ołtarzem, taka pobożna byłaś….

No tak…to mi pojechała, uśmiechnęłam się serdecznie w duchu. Fakt, kiedyś byłam pobożna i fakt, śpiewałam, bo należałam do KSM-u. Ona codziennie latała i nadal lata do kościoła, więc się widywałyśmy.

Ale ostatnio przegięła. Spotkałyśmy się na jakimś pogrzebie. W sumie to trudno akurat się spotkać na pogrzebie :) w każdym razie obie na nim byłyśmy. W kościele była spokojna, zaczęła odstawiać szopkę w drodze na cmentarz. Tym bardziej, że dopadła jakąś psiapsiółę, wzięły się pod ręce i dalej w drodze na cmentarz opowiadać sobie to i owo. Dyskutowały prawie na głos, ignorując syki i chrząknięcia osób obok. Ignorując powagę sytuacji i szacunek dla zmarłego.

Były tak zagadane, że nie zauważyły jak karawan z trumną zatrzymał się pod cmentarną bramą. Oooo obie pańcie dopiero wtedy pokazały, na co je stać. Ruszyły z kopyta przed trumną, zatrzymując się dopiero na cmentarzu. Nie wiedziały bowiem, w którą stronę się kierować. Szybko to jednak nadrobiły, wierzcie mi, pędziły w tempie zastraszającym między nagrobkami, żeby stanąć w odpowiednim miejscu. Straszne to było, powiem wam…głupio zwracać uwagę starszym, więc jedynie popatrzyłam na nie i uznałam, że to nie miejsce na awantury, ale jestem zniesmaczona po dziś dzień.

Żądza sensacji i zobaczenia „będzie płakać czy nie będzie” zrobiła ze zwykłych plotkujących niewiast żądne sensacji hieny. Gdzie się podziało wyczucie chwili, sytuacji, delikatność i zwykła ludzka wrażliwość?

Czy każdy ma prawo do miłości?

Ona nigdy nie wyszła za mąż. Jakoś się nie trafił żaden, którego by pokochała. No był taki. Kiedyś, dawno temu, był…ale ożenił się z inną. Takie wtedy były czasy, że młodzi nie mieli za wiele do powiedzenia. Więc posłuchał rodziców. Urodziły im się dzieci- dwóch synów i córka. Ona wyjechała do innego miasta, niby do nowej pracy a tak naprawdę nie mogła patrzeć na jego „szczęście”. Bo na pierwszy rzut oka tak to wyglądało.

Gdy dowiedziała się, że zmarła jego żona, postanowiła przyjechać na pogrzeb. Spotkali się po 40 latach. I okazało się, że chociaż mają po 60-tce, to dawna miłość ciągle w nich mieszka. Zaczęli się spotykać, w kawiarni na kawie, w parku…było im dobrze. Było jak dawniej. Ale okazało się, że jego dzieci nie były z tego zadowolone.

„Za stary jesteś, nowej żony ci się zachciewa?”, „Jeszcze ci bara bara trzeba?” słyszał z każdej strony. W kościele patrzono na nich z pogardą i prawie wytykali palcami jak wychodzili razem po zakupy. Nawet ksiądz się uśmiechał pod nosem, gdy pewnego razu przyszli do kancelarii.

„No, no, że też jeszcze macie siłę”- zabłysnął humorem. Wyszli z kancelarii z mocnym postanowieniem, że się nie dadzą sprowokować. I że będą walczyć o siebie i swoje uczucie. Bo już raz się stracili z oczu.

Wzięli ślub, zamieszkali razem. Ludzie w końcu ucichli, bo nagle znaleźli sobie inne tematy.

Zastanawiam się, dlaczego wydaje się nam dziwne, że starsi ludzie zakochują się w sobie i chcą być ze sobą? Większości nie razi nas miłość nastolatków, młodych ludzi a oburzają się tak często widokiem starszych zakochanych….A przecież każdy ma prawo do miłości, w każdym wieku. Choćby miała trwać chwilę…..

Spełniać marzenia- to się da zrobić !

U mnie we wsi, w której pracuję, działa dziewczęca drużyna piłkarska. Dziewczyny z gimnazjum, wyssały miłość do piłki z mlekiem mam i tat :) Z biegiem czasu, bo one już trochę w tę piłę kopią, zaczęto zauważać, że są w tym dobre, lepsze niż drużyna chłopaków. I tu się pojawił pierwszy problem. Bo u nas się inwestuje w chłopaków w piłce nożnej. A dziewczyn nikt nie brał na poważnie. Oprócz trenera i dyrekcji szkoły. Prezes lokalnego klubu sportowego powiedział nawet, że „baby na jego boisku grać nie mogą”, więc dziewczyny zaczęły trenować na boisku szkolnym i na hali sportowej przy szkole. Wierzyły, że może ktoś im kiedyś da szansę. Bo one tą miłością do piłki żyją na co dzień. Na zdjęciach w albumach na fb można znaleźć głównie zdjęcia boisk, piłkarzy albo zdjęcia z meczy ich drużyny. Bo mogło się nie wiem co dziać, ale na treningi biegały wszystkie bez narzekania.

I wreszcie trener- młody chłopak z pasją zgłosił je do rozgrywek Coca Cola Cup (nie robię tu reklamy). Nie wiem, ile meczy przeszły, dość, że się okazało, że rozgromiły drużyny ze szkół sportowych najpierw z województwa, potem w półfinałach i dotarły do wielkiego finału, rozgrywanego w Gdyni. Czujecie? Dziewczęca drużyna z małej wioski na zadupiu, na biednym Podkarpaciu znokautowała drużyny ze szkół sportowych! Pisząc, że trzymam kciuki i że jestem dumna, jedna mi napisała tak: „Wie pani co, my już nie musimy tu niczego udowadniać ani nie przyjechałyśmy walczyć na zabój. My już spełniłyśmy swoje marzenia”. Może być coś piękniejszego niż realizować swoje pasje i marzenia?

Ostatecznie dziewczyny zajęły 8 miejsce na całą Polskę w drużynach dziewczyn. Ile przeszły, żeby dojść do tego miejsca, wiedzą one same i ich rodziny. No i trener, czyli ktoś, kto dał im szansę. Może gdyby nie miały na początku trudniej, to nie miałyby na tyle determinacji i zaangażowania. W każdym razie są najlepszym dowodem na to, że nieważne, gdzie mieszkasz, do jakiej szkoły chodzisz, zawsze możesz dojść do samej góry swoich marzeń i pasji. Trzeba tylko chcieć.

Ciekawe, czy teraz szanowny prezes pozwoli „babom” na grę na „jego” boisku?

Nie mam orientacji w terenie !

W sobotę pojechałam z moim chłopem i jego kolegami na imprezę- otwarcie klubu- w którym oni robili dźwięk i światło. No więc oni ciężko pracowali a ja mogłam robić, co chciałam. Korzystając z tego, że na scenie nie działo się nic specjalnego a pogoda była piękna, poszłam na spacer. Powłóczyłam się po mieście, zwiedziłam rynek, bo ten klub był praktycznie w samym centrum….niestety skusiłam się na zakup butów, ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że takich właśnie szukałam od dawna i znaleźć nie mogłam. Takie skórzane z rzemykami wokół kostek,takie trochę góralskie rzymianki :) Gorąco było jak cholera, wróciłam z włóczęgi do chłopaków, siedzę, siedzę….nudy….nosi mnie. A wiedzieliśmy, że gdzieś w okolicy jest Mc Donald’s. A oni na dźwięk tej nazwy jęczą, że by zjedli cheeseburgery…..więc ofiarnie uznałam- pójdę! Tylko gdzie? I tu wkroczył mój A. Wiecie, co zrobił? Pełen dobrych chęci ustawił mi nawigację w moim telefonie….i mi tłumaczy- tu niebieskie, tu masz trasę, tu strzałka zielona- to Ty. Patrzę na telefon, na strzałkę patrzę i nic nie czaję. Mówię, że nie trafię, on mi na to, żebym nawigacji zaufała (!), to mnie na miejsce zaprowadzi.

No to powzięłam postanowienie zaufania, telefon w łapkę, idę. Pani w nawigacji do mnie mówi „skręć łagodnie w lewo”. Skręcam….ale zaraz, ja to strzałka? To czemu nie ma tu tej ulicy? Dobra, idę dalej….gorąco, dobrze, że długie spodnie zamieniłam na spódnicę i tenisówki…..gdzie ja jestem? Pani do mnie nie mówi, wpadam w lekką panikę, ale idę dalej, bo już widzę ich drwiące miny. Dzwoni mi telefon

„Kochanie, jak już  będziesz na miejscu, to chłopaki chcieli….

„Jakie na miejscu?- przerywam- na razie nie wiem, gdzie k….jestem ! Coś ty mi za nawigację dał?- wrzeszczę.

„Dasz sobie radę, na pewno”

Rozłączam się…..skręcam „za 50 metrów skręć w prawo”. „Zjedź z ronda, drugi zjazd”. Jakie zjedź? Przecież kurna ja idę ! Gdzie drugi zjazd? „Zmieniam trasę”. To zmieniaj, cholera jasna! Mogłam kupić coś do picia….gdzie ten Mc Donald’s? Jakieś wykopy, koparki, okolica na Maca nie wygląda. Skręcam w lewo, docieram do głównej ulicy deptakowej, „skręć w prawo”.  A spieprzaj dziadu!  Stoję jak debil z telefonem w ręce, czytam nazwy ulic, porównuję z tymi, które widzę przed oczami…..dupa!

Wchodzę do sklepu, pytam panią, gdzie ulica, tłumaczy mi o jakichś schodach. Wracam się, szukam schodów, idę….schodzę na dół, Maca brak, pani w nawigacji nie ma mi nic do powiedzenia. Szlag z nią ! Łażę już godzinę w upale. Resztkami sił zaczepiam przechodzącą kobitkę i pytam….mówi, że mnie zaprowadzi, bo mieszka w okolicy. Prawie jej na kolanach dziękuję, prowadzi mnie cierpliwie najkrótszą drogą.

„Przejdzie pani na drugą stronę, o tam już widać, widzi pani?”

„Widzę, o matko, jak ja pani dziękuję”- mówię, kobitka się uśmiecha

Do Mc Donald’sa docieram po półtorej godzinie…..czuję, że nie mam już płuc, leje się ze mnie dokumentnie, dzwonię do A….on zamiera. To posiedź tam sobie, nie śpiesz się, odpocznij, jakby co, dzwoń. Prawie płaczę, że sobie może tę nawigację wsadzić, bo jeszcze mi od tego bateria pada…..zamawiam duże lody, połykam prawie na raz. Zamawiam im te buły,podejmuję męską decyzję, że wracam. Torba w ręce, kawa w drugiej….Pilnuję się, żeby trafić na ulicę, którą mnie prowadziła moja wybawicielka. Okazuje się, że droga powrotna zajmuje mi jakieś 15 minut ! Chłopaki na mój widok prawie klaszczą. Kanapki zżerają od razu, ja jestem ledwo żywa….tym bardziej, że moje śliczne tenisówki zdążyły mnie obeżreć. A. przerażony, chce mnie obklejać plastrami, ale nic to nie da….bo bąble są w takim miejscu, że i tak plastry zejdą. Więc zakładam nowe sandały- jedyne, które w nic nie uwierają i tak kuśtykam….W niedzielę dałam stopom odpocząć, w życiu nie miałam takich otarć….nawet na pielgrzymce ! Pieprzę nawigację i mapy! Panią gadającą w owej nawigacji również mam daleko! Niech żyje bezpośrednia komunikacja z ludźmi!

ps. Wyjeżdżając z powrotem w stronę domu nawigacja poprowadziła mojego chłopa dość okrężną drogą. Słuchając jego utyskiwań samo mi się narzuciło zdanko owe” zaufaj nawigacji, kochanie, ona cię poprowadzi” :)

Prawo jazdy- kabaret dla odważnych

Miał być przepis w sobotę, ale rypnęłyśmy się z siostrą w przepisie. Ciasto powstało więc po raz drugi w poprawnej wersji :) Więc przepisu wypatrujcie w sobotę :) Generalnie weekend minął średnio, zwłaszcza sobota. To był dzień , w którym denerwowało mnie wszystko….począwszy od drobiazgów, skończywszy na tym, że mój A. oczywiście był znowu niezwykle zapracowany i dla mnie czasu nie miał. No cóż…więc wczoraj po prostu się zapakowałam i pojechałyśmy z Młodą na konie- znaczy ona na trening, ja do pomocy i miziania końskich chłopaków :) Więc w końcu było tak, jak miało być.

I właśnie dzisiaj wyczytałam, że szykują się kolejne zmiany w egzaminach na prawo jazdy. I się zdziwiłam. Bo można jeszcze coś zmienić? Oprócz tej parodii, która się odbywa obecnie? No proszę was, nie mówcie, że to, co się dzieje w ośrodkach egzaminacyjnych nie zakrawa na aferę większą niż ta z przedwczoraj wykryta przez „Wprost”. Pomijam kurs jazdy, bo to akurat było super doświadczenie. Z moim instruktorem jeździliśmy wszędzie, dosłownie wszędzie. Jazda po mieście to nie były tylko utarte drogi i dróżki, trasy egzaminacyjne, to były galerie handlowe (musisz zobaczyć jak wjechać jako kierowca), parkingi pod lotniskiem (inaczej jak jesteś pasażerem, inaczej jak kierowcą) Zero darcia się z powodu niezrobienia czegoś. Raczej- to nie wyszło, więc spróbuj inaczej.

Najgorzej wyglądała teoria. Kiedyś się dostawało zestaw pytań, się uczyło i wio. Nie mówię, że to było dobre. Ale pytania, jakie ja miałam na egzaminie teoretycznym zakrawały o kpinę. Przykład? Proszę bardzo: „Podaj wymiary tablicy rejestracyjnej w samochodzie osobowym”. A na cholerę mi to? Albo równie inteligentne: jest filmik z ludźmi stojącymi na przejściu, oni mają czerwone, ja jadę. Pytanie brzmi: czy będę uważnie obserwować otoczenie i przechodniów, stojących po bokach? Odpowiadam, że tak. Okazuje się, że błąd, bo wymyślający pytanie uznaje, iż skoro oni mają czerwone, to nie ma bata, żaden nie wylezie na przejście i mogę jechać i nie patrzeć uważnie. Zasięgam rady instruktora, mówi, że chore pytanie, bo to, że ja akurat chcę patrzeć uważnie i na nich, nie sprawi żadnej szkody ani zagrożenia w ruchu drogowym nie stwarza. A co, jak się któryś z przechodniów zagapi albo nie zauważy, że ma czerwone, albo jest daltonistą? A no i jeszcze są te magiczne filmiki. Dopiero jest teatrzyk! Filmik możesz obejrzeć tylko raz, w tempie narzuconym przez wymyślającego pytanie, cofnąć, zatrzymać nie możesz. No i tak- najpierw czas, w którym się zapoznajesz z pytaniem, potem czas, w którym leci filmik, potem czas na udzielenie odpowiedzi. Trzy czasy! Obłęd! I pytania posegregowane według ważności -za 3, 2 i 1 punkt. Możesz równie dobrze źle odpowiedzieć na 3 pytania za 1 punkt i zdać a możesz się rypnąć w dwóch za 2 punkty i leżysz. Tym sposobem do egzaminu teoretycznego podchodziłam 4 razy! Obryta i obkuta z przepisów, kodeksu i zasad na blachę, z każdej strony, że w nocy o północy. I najlepsze- wracamy po zdanej teorii, padło magiczne pytanie o tablicę rejestracyjną, jadę przez moje miasto, przejście, mam zielone, piesi czerwone i co? Na przejście włażą dwie licealistki, nie patrząc na kolor światła! Patrzę na instruktora, myślę, co w tej sytuacji zrobiłby pan egzaminator….pytania pytaniami, życie weryfikuje wszystko.

Cześć teoretyczna zdana, teraz praktyka. W noc przed egzaminem nie mogę spać, trzęsą mi się ręce i żołądek wariuje. Rano zawozi mnie Młoda, w poczekalni dostajemy małpiego rozumu. Z nerwów oczywiście. Wywołują mnie, idę, wsiadam, losuję pytania. Pokazuję, gdzie są światła, płyny, ok. Egzaminator na mnie burczy i wcale nie wysiada z auta, jak robią to inni, gdy zdający się przygotowują. Nie, ten siedzi obok i zadaje miliony uszczypliwych pytań. Jestem tak przerażona, że trzęsie mnie już nawet nogami. Na końcu stwierdza, że wkradł się między nas jakiś błąd komunikacyjny i wysiada z samochodu. Tym sposobem oblewam na najprostszym na świecie łuku. „I tak miała Pani fatalnie ustawione lusterka, więc dobrze, że nie wyjechaliśmy na miasto, bo bym się bał”.

Nie dam się ! Za drugim razem jadę spokojniejsza, wywołana czuję niepokój, bo zapamiętałam numer samochodu….patrzę- ten sam egzaminator! O w mordę jeża kopanego! On udaje, że mnie nie zna, więc jest dobrze. Plac zdany, jedziemy na miasto. Pytania typu „czemu tak szybko”, „czemu tak wolno” puszczam jednym, wypuszczam drugim, dostosowując się do znaków a nie do niego. Jeżdżę 40 minut bezbłędnie, w pewnym momencie on rzuca hasło, że skręcamy. Nie zdążam zmienić pasa na prawidłowy do skrętu w prawo…..koniec. Przesiadka. „Gdyby pani pojechała prosto, zdałaby pani a tak….no ja za panią głowy nie będę nadstawiał”. Ryczę jak głupia, tym bardziej, że mnie chłop pociesza, że on widzi, że ja umiem jeździć i że mi obiecuje, że następnym razem się uda. A całuj mnie w „obiecuję” !!!

Trzeci raz….prawie się spóźniam na plac, z tego wszystkiego nie zdążam się zdenerwować. Plac zdany za pierwszym razem śpiewająco, jedziemy na miasto, już mi wszystko powiewa. „Powinna pani jeździć bardziej dynamicznie”- burczy kolejny, tym razem inny egzaminator. „Myślę, że tego się nauczę wraz z praktyką podczas jazdy, może za jakiś czas, gdy pojeżdżę więcej”- odpowiadam burakowi.  „A czemu tak wolno?” „Bo nie znam tej drogi, nie chcę szarżować”- oaza spokoju ze mnie. Kierowcy, widząc, że egzamin, ustępują mi dwa razy pierwszeństwa ku niezadowoleniu egzaminatora. Jeździmy, parkujemy, on ciągle pyta, nagle mi gaśnie auto. Jak gdyby nigdy nic włączam, odpalam, jedziemy, bez mrugnięcia okiem. Miliony pytań typu „a dlaczego, a po co…”. Ale się nie przesiadamy, dojeżdżamy do WORD-u. „Popełniła pani kilka błędów” Świetnie, już po mnie….”Ale nie są to błędy rażące, zdała pani”- rzuca mi kartkę przed nos, wysiada, trzaska drzwiami. Do tej pory pamiętam tą ulgę i radość….że jak to? Że się w końcu udało! Po tylu nerwach, stresie, nieprzyjemnościach w końcu mam !

Zastanawiam się tylko, czy to utrudnianie i stresowanie kursantów ma cokolwiek na celu? Czy spowoduje, że w naszym kraju zmniejszy się np. liczba pijanych kierowców albo bandytów typu Frog z białego BMW, który w nosie miał Policję i wszystkich go ścigających? Czy osoba, wymyślająca tak durne pytania egzaminacyjne ma w ogóle poczucie, że te filmiki niekoniecznie są tożsame z rzeczywistością na drogach? Czy zamiast robić kabaret w ośrodkach egzaminacyjnych nie lepiej zmienić polskie prawo i zacząć kierowcom wymierzać surowsze kary? Szczerze? Gdybym miała znowu zdawać egzamin na prawko, to wątpię, żebym do niego podeszła….nie dlatego, że nie umiem i nie znam przepisów, ale dlatego, że zasady zdawania są nieludzkie. Zdający egzamin nie musi umieć jeździć ekonomicznie i dynamicznie, do cholery! Ma na to całe życie, żeby się nauczyć, przecież nawet doświadczeni kierowcy mają często z tym problem.

A jak u was z tym prawem jazdy było?

1368829741_nssouv_600

Nie rezygnuj z siebie !

W niedzielę zadzwoniła koleżanka. W sumie to trochę przesadziłam, że koleżanka. Bo od jakiegoś roku albo półtora kontaktu nie miałyśmy. Mianowicie ona się zakochała. Ale tak na śmierć i życie. On miał być Tym Jedynym i Na Wieki do Grobowej Deski. Majka, tancerka z powołania, dziewczyna pełna pasji, z głową pełną pomysłów zakochała się do szaleństwa i przygasła niebezpiecznie.

Najpierw zrezygnowała z tańca, bo On był zazdrosny o jej partnera. Bo jak to tak, ona z tym obcym się kizia i mizia w tańcu? Nie może być ! Więc Majka zrezygnowała, żeby Mu pokazać jak bardzo go kocha. Potem Ona powoli zaczęła się odcinać od znajomych. Nie miała czasu się spotkać, bo każdy dzień planowała pod Jego dyktando. To znaczy: rano do Niego dzwoniła i pytała, co dzisiaj będą robić. Jeśli On miał czas, to wychodzili, spacerowali, siedzieli u któregoś z nich. Albo ona go woziła, gdy chciał się spotykać z kolegami. Bo on się ich nie wyparł.Gdy jej znajomi chcieli się z nią zobaczyć, to nigdy nie przychodziła sama. Albo z Nim, albo wcale. Więc znajomi się powoli wykruszali. Choć widzieli, że coś z nią nie tak i co niektórzy o tym mówili, ona nie wierzyła, nie chciała słuchać i miała do nich pretensje, że się wtrącają w nie swoje sprawy.

Któregoś razu Ona znalazła w jego komórce dziwne smsy od i do dziewczyny. Nie wiedziała, jak zapytać, ale się odważyła. On jej wcisnął kit, jeden, drugi, ostatecznie wyszło na to, że to ona miała wyrzuty sumienia, że mu nie zaufała i sprawa się zakończyła. Im dłużej byli razem, tym więcej planów miała Ona. Wspólne mieszkanie, rodzina, dzieci. Od mieszkania się wykręcał, bo brak kasy, bo wynająć się nie opłaca….więc nie nalegała, bo jego to drażniło.

I tak mijały miesiące, rok, dwa….byli razem, ale tak naprawdę pod Jego dyktando i Jego warunki.I któregoś dnia On jej oznajmił, że już nie są razem….bo On się zakochał w innej dziewczynie….bo ona na początku też była inna a  potem się zrobiła dziwna. Bo stała się „łatwo dostępna”, bo Mu wszystko podporządkowała….bo nie ma znajomych, pasji i szalonych pomysłów. Więc On odchodzi….bo potrzebuje więcej szaleństwa w życiu.

Dlaczego o tym piszę? Bo kiedyś byłam taka sama….bo nadal często popełniam ten błąd, że podporządkowuję swój czas Jemu a nie zawsze tak powinno to wyglądać. Bo przy całej miłości i szacunku do siebie nie wolno nam, kobietom, zapominać o jednym- że nie wolno nam rezygnować z siebie całkowicie. Bo nie daj Boże, kiedyś On odejdzie a Ty zostaniesz z …..a raczej bez….bez przyjaciół, bez pasji…kochaj, ale mądrze, zachowaj dla siebie swoją przestrzeń, nie rezygnuj z niej całkowicie, bo możesz skończyć  w osamotnieniu i smutku po stracie wszystkiego.Prawda stara jak świat,ale każdy musi do niej dojść sam….

A tak z innej beczki :) Przypominam się o polubienie na FB :)

A taka święta była….

Joanna była kiedyś, kiedyś moją serdeczną przyjaciółką, jeszcze w czasach podstawówki. Miała starszego brata, w sumie nie przepadaliśmy za nim w bloku, bo był duży, gruby i złośliwy. Aśka była taką typową mamusiną córcią- blondyneczka, prymuska, roześmiana, nigdy nie powiedziałaby, że jej coś nie wyszło, zawsze pogodna, zawsze na plus. W szkole była najlepsza z klasy, uczyła się perfekcyjnie, nauczyciele  za nią przepadali, klasa mniej, bo umiała się gronu nauczycielskiemu przypodobać. Lubiłyśmy się, zawsze było z nią śmiesznie, bo miała dzikie pomysły. Asia chodziła też na KSM- ideał po prostu. Rodzice trzymali ją raczej krótko, bo jako jedyna córcia miała być naj…..i taka była. Jej starszy brat po maturze poszedł do seminarium. Wszyscy byliśmy w szoku, ale co tam, niech będzie szczęśliwy, uznaliśmy solidarnie. Asia została a jako siostra kleryka w naszej mieścinie musiała zacząć zachowywać się odpowiednio. Grzecznie, cicho i potulnie, nie wychylać się zbytnio przed innych. Gdy dorosła, rodzice nie chcieli jej nawet puszczać na imprezy, bo co ludzie powiedzą, gdy Asię zobaczą a nie daj Boże, jak wróci wstawiona?

Asia w końcu wyfrunęła z rodzinnego gniazdka na studia. Duże miasto, nowe znajomości….na początku jeszcze się spotykała z nami- starymi przyjaciółkami, ale opowiadała jedynie o sobie, o tym, gdzie piła, co piła i z kim tym razem była. Nigdy nie pytała o nas. Spotkałyśmy się na prymicjach jej brata. Asia była lekko zgaszona, ale nie przyznałaby się w życiu, że coś jest nie tak. Swoją rolę dobrej i grzecznej siostry księdza postanowiła grać dalej.

Jakiś czas później spotkałam ją w naszym mieście, spłoszona, z wielką torbą zasłaniającą brzuch przemknęła przez ulicę. Wszystko było jasne. Po jednej z imprez po prostu wpadła z kolesiem, który się jej podobał,ale nie była pewna, czy go chce. No i się zaczęła nagonka rodziców. Bo nieślubne dziecko, bo rodzina taka pobożna, bo syn ksiądz a tu taka wtopa. Bo Asia taka święta była, przy ołtarzu śpiewała a tu bękart? No ludzie, ludzie, huzia na Józia, niech wie, że źle zrobiła!!! No i piorunem zorganizowano ślub, udzielił go zresztą Asiny brat, żadna z nas nie została na niego zaproszona, było szybko, acz wystawnie. Asia wyjechała do innego miasta, wraz z mężem i córką. Rodzice  ją dumnie noszą głowy wysoko, że córka tak dobrze trafiła, że on ją tak kocha, że Zuzanka taka śliczna, taka idealna, że takie cudne mieszkanie mają….

Do czego zmierzam? Ano do tego, że myślenie ludzkie jest jednak stereotypowe. Nie dość, że dziewczyna robiła wszystko, żeby sprostać oczekiwaniom rodziców, to w momencie, gdy im jednak nie sprostała, zostało jej to wypomniane i zapamiętane. Łatwo narzucać komuś rolę życia do odegrania, stawiać wymagania i myśleć na skróty- siostra księdza musi być świętsza od samego księdza, biskupa i papieża. A jeśli nie, to jak wspaniale można to jej wypomnieć…..

Mężczyzna u kosmetyczki :)

Wybrałam się wczoraj do mojej pani fryzjerki. Grzywka zaczęła mi już włazić do oczu a jest to dla mnie sygnał, że powoli tracę widoczność, więc trzeba było działać. Przy okazji moja pani Jola wyregulowała mi brwi, bo powoli czułam się jak skrzyżowanie Breżniewa z Wielkim Ptakiem.

Wchodzę więc do salonu fryzjerskiego, gęba uśmiechnięta…i stanęłam jak wryta, bo oto na fotelu przy stole u pani kosmetyczki siedział sobie mężczyzna !!!! Młody chłopak, znam z widzenia, więc zastopowało mnie, bo takie zjawisko na oczy pierwszy raz widziałam. Mimo za długiej grzywy widziałam co widziałam :D Pani kosmetyczka robiła panu manikiury, znaczy się usuwała skórki i wygładzała paznokcie  a ten się błogo uśmiechał i komentował jak mu teraz będzie w tych pazurkach pięknie :) Stałam chwilkę jak to cielątko, ale się zreflektowałam, no bo niby co w tym dziwnego, że facet dba o siebie i przychodzi  zrobić sobie manikura profesjonalnie?  W końcu to chyba lepiej ,że ma świadomość, że warto wyglądać na zadbanego człowieka z pięknymi dłońmi? Przy okazji- moje dłonie już tak piękne nie są, ale co tam, jeszcze wytrzymam, w końcu nikt nie musi patrzeć :D

W ogóle chciałam być mądra i poczytałam co nieco w Internecie, że teraz to widok faceta w salonie kosmetycznym już nikogo nie dziwi, mało tego, w Krakowie powstał nawet specjalny salon, przeznaczony jedynie dla panów. I panowie doceniają, że mogą przyjść na zabiegi kosmetyczne, pilingi i insze podobne.

Są tacy, co uważają, że do kosmetyczki chodzą tylko „cioty” , znaczy się geje. Zawsze mnie bawił ten skrót myślowy, ale komentować mi się nie chce, bo i po co. Jeśli mężczyzna jest zadbany, pachnący to nie oznacza, że lubi facetów :) Może się przecież upiększać dla swojej kobiety, coby jej nie było wstyd za niego.

Myślę, że nie ma nic złego w tym, że faceci dbają o siebie, w końcu „facet” nie oznacza, że ma być zarośnięty jak dziki, „pachnieć” samą naturą, mieć brudne pazury a kąpać się od Święta. Jak w każdym przypadku ważny jest natomiast umiar i dobry smak. Ważne, żeby z tymi zabiegami nie przesadzać, najgorzej, gdy facet dba o siebie bardziej niż jego kobieta :) Trzymam kciuki za wszystkich dbających o siebie panów :)

Przeżyć żałobę po swojemu

Niedawno, bo jakieś dwa miesiące temu, zmarła nasza sąsiadka, kobieta, której zawsze wszędzie było pełno, babeczka o twardym charakterze. Został mąż, kot i pies. Mąż, starszy od niej o 10 lat, przeżył śmierć żony bardzo, bo nie mieli dzieci a on sam ze zwierzakami w wielkiej chałupie. Po śmierci żony wypłakiwał się kiedyś mojej mamie, żaląc się, że jest mu źle, ciężko, że bez niej sobie nie radzi, że kot za nią miauczy, pies jej szuka po kątach….Faceta bardzo lubię, od zawsze go lubiłam a teraz tym bardziej wzbudza jak najcieplejsze uczucia. No ale nie wszyscy tak go odbierają. Nie dalej jak w sobotę spotkałam go w naszym markecie, on stał przede mną przy kasie, za mną jakieś kobiety. Facet zapłacił, pogawędził z panią kasjerką i podreptał do domu. A kobitki zawrzały. Zawrzały przenajświętszym oburzeniem, że nie dość, że wdowiec się w sklepie uśmiecha i dyskutuje z kobietą, to jeszcze nie ubrany jest w żałobne kolory, czyli obowiązkowa czerń od stóp do głów.

Odwróciłam się, bom nie wytrzymała i pytam, czy gdyby był ubrany w wór pokutny i łzy wylewał na ich ramieniu, to dałyby mu spokój i uznały, że odpowiednio przeżywa żałobę po żonie? Baby zatkało, ale do rozmowy wtrącił się facet stojący za nimi, mówiąc, że każdy ma prawo do przeżywania straty po swojemu i nikomu nic do tego.

Niewiarygodne jak nam się łatwo ocenia ludzi. Jak łatwo się wydaje wyroki, bezprawnie pakując się z buciorami w czyjeś życie i czyjeś dramaty. To, że ktoś nie płacze publicznie, nie znaczy, że nie płacze wewnątrz, że nie rozpacza, ale chce to być może robić w zaciszu domu albo przy osobach, którym ufa. To, że po śmierci bliskich nie przywdziewa czarnych ubrań, nie oznacza, że tej żałoby nie przeżywa, choć dla ludzi czerń jest symbolem rozpaczy i żałoby właśnie. To nie jest takie proste jak się większości wydaje. Można pół sklepu z czarnymi ciuchami wykupić, nosić je do końca życia, zawodzić i jęczeć przed ludźmi a żałoby nie przeżywać ani trochę….

dj_tulips_small