Nie mam orientacji w terenie !

W sobotę pojechałam z moim chłopem i jego kolegami na imprezę- otwarcie klubu- w którym oni robili dźwięk i światło. No więc oni ciężko pracowali a ja mogłam robić, co chciałam. Korzystając z tego, że na scenie nie działo się nic specjalnego a pogoda była piękna, poszłam na spacer. Powłóczyłam się po mieście, zwiedziłam rynek, bo ten klub był praktycznie w samym centrum….niestety skusiłam się na zakup butów, ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że takich właśnie szukałam od dawna i znaleźć nie mogłam. Takie skórzane z rzemykami wokół kostek,takie trochę góralskie rzymianki :) Gorąco było jak cholera, wróciłam z włóczęgi do chłopaków, siedzę, siedzę….nudy….nosi mnie. A wiedzieliśmy, że gdzieś w okolicy jest Mc Donald’s. A oni na dźwięk tej nazwy jęczą, że by zjedli cheeseburgery…..więc ofiarnie uznałam- pójdę! Tylko gdzie? I tu wkroczył mój A. Wiecie, co zrobił? Pełen dobrych chęci ustawił mi nawigację w moim telefonie….i mi tłumaczy- tu niebieskie, tu masz trasę, tu strzałka zielona- to Ty. Patrzę na telefon, na strzałkę patrzę i nic nie czaję. Mówię, że nie trafię, on mi na to, żebym nawigacji zaufała (!), to mnie na miejsce zaprowadzi.

No to powzięłam postanowienie zaufania, telefon w łapkę, idę. Pani w nawigacji do mnie mówi „skręć łagodnie w lewo”. Skręcam….ale zaraz, ja to strzałka? To czemu nie ma tu tej ulicy? Dobra, idę dalej….gorąco, dobrze, że długie spodnie zamieniłam na spódnicę i tenisówki…..gdzie ja jestem? Pani do mnie nie mówi, wpadam w lekką panikę, ale idę dalej, bo już widzę ich drwiące miny. Dzwoni mi telefon

„Kochanie, jak już  będziesz na miejscu, to chłopaki chcieli….

„Jakie na miejscu?- przerywam- na razie nie wiem, gdzie k….jestem ! Coś ty mi za nawigację dał?- wrzeszczę.

„Dasz sobie radę, na pewno”

Rozłączam się…..skręcam „za 50 metrów skręć w prawo”. „Zjedź z ronda, drugi zjazd”. Jakie zjedź? Przecież kurna ja idę ! Gdzie drugi zjazd? „Zmieniam trasę”. To zmieniaj, cholera jasna! Mogłam kupić coś do picia….gdzie ten Mc Donald’s? Jakieś wykopy, koparki, okolica na Maca nie wygląda. Skręcam w lewo, docieram do głównej ulicy deptakowej, „skręć w prawo”.  A spieprzaj dziadu!  Stoję jak debil z telefonem w ręce, czytam nazwy ulic, porównuję z tymi, które widzę przed oczami…..dupa!

Wchodzę do sklepu, pytam panią, gdzie ulica, tłumaczy mi o jakichś schodach. Wracam się, szukam schodów, idę….schodzę na dół, Maca brak, pani w nawigacji nie ma mi nic do powiedzenia. Szlag z nią ! Łażę już godzinę w upale. Resztkami sił zaczepiam przechodzącą kobitkę i pytam….mówi, że mnie zaprowadzi, bo mieszka w okolicy. Prawie jej na kolanach dziękuję, prowadzi mnie cierpliwie najkrótszą drogą.

„Przejdzie pani na drugą stronę, o tam już widać, widzi pani?”

„Widzę, o matko, jak ja pani dziękuję”- mówię, kobitka się uśmiecha

Do Mc Donald’sa docieram po półtorej godzinie…..czuję, że nie mam już płuc, leje się ze mnie dokumentnie, dzwonię do A….on zamiera. To posiedź tam sobie, nie śpiesz się, odpocznij, jakby co, dzwoń. Prawie płaczę, że sobie może tę nawigację wsadzić, bo jeszcze mi od tego bateria pada…..zamawiam duże lody, połykam prawie na raz. Zamawiam im te buły,podejmuję męską decyzję, że wracam. Torba w ręce, kawa w drugiej….Pilnuję się, żeby trafić na ulicę, którą mnie prowadziła moja wybawicielka. Okazuje się, że droga powrotna zajmuje mi jakieś 15 minut ! Chłopaki na mój widok prawie klaszczą. Kanapki zżerają od razu, ja jestem ledwo żywa….tym bardziej, że moje śliczne tenisówki zdążyły mnie obeżreć. A. przerażony, chce mnie obklejać plastrami, ale nic to nie da….bo bąble są w takim miejscu, że i tak plastry zejdą. Więc zakładam nowe sandały- jedyne, które w nic nie uwierają i tak kuśtykam….W niedzielę dałam stopom odpocząć, w życiu nie miałam takich otarć….nawet na pielgrzymce ! Pieprzę nawigację i mapy! Panią gadającą w owej nawigacji również mam daleko! Niech żyje bezpośrednia komunikacja z ludźmi!

ps. Wyjeżdżając z powrotem w stronę domu nawigacja poprowadziła mojego chłopa dość okrężną drogą. Słuchając jego utyskiwań samo mi się narzuciło zdanko owe” zaufaj nawigacji, kochanie, ona cię poprowadzi” :)

O tym, jak mój chłop zrobił obciach w sklepie :)

Wczoraj pojechałam z moim A. do supermarketu. Tego z owadem w nazwie. Wchodzimy, patrzę- doniczki! Chłop mój wziął jakieś kanapki gotowe i pognał do bankomatu, ja poleciałam obejrzeć owe doniczki, bo jestem na etapie przesadzania kwiatków. No i patrzę on wraca, obchodzi alejkę i skręca w moją stronę. Trzyma w ręce donicę, taką plastikową, w kształcie stożka, szarego koloru, pamiętam jak dziś :) No i tą doniczka dźga jakąś babeczkę po ramieniu dosłownie z 50 metrów ode mnie. Stoję jak debil, doniczki w ręce, obserwuję z zainteresowaniem, co się dziać będzie. Dawnom się nauczyła, że nie muszę wiedzieć wszystkiego, więc czekam :) A on tę kobitkę coraz intensywniej tą donicą i jeszcze do niej gada. Nagle podnosi głowę, patrzy na babeczkę i aż go zgięło ze wstydu. Oczy Kota ze Shreka w porównaniu z jego oczętami jak się tłumaczył i przepraszał, że się pomylił to pikuś ! Ha! A ja ryknęłam na cały sklep śmiechem, popłakałam się jak dawno się nie popłakałam.

- O Boże, ale mi wstyd, przepraszam Panią- tłumaczył się Mój Chłop a ja płakałam ze śmiechu, babeczka zresztą też.

No a żeby było jeszcze lepiej, pani stała za nami przy kasie :) Chłop mój uciekał, ja płakałam w dalszym ciągu, prawie pani kasjerce parsknęłam w twarz, w samochodzie wreszcie się wyśmiałam. Chłop mój obiecał mi śmierć w ciężkich torturach :) Tylko cholercia jak on mnie mógł pomylić? Zarzeka się, że mnie tam wcześniej widział, najlepsze, że akurat w to miejsce dotrzeć nie zdążyłam :) Śmieję siędo dzisiaj i pewnie jeszcze długo nie zapomnę tego widoku hahaha :)

Zdarzyło się Wam coś takiego kiedykolwiek?

Jak się bawią ludzie (starsi)

Wczoraj u mnie na wsi w domu kultury emeryci,renciści i osoby samotne z kilku domów dziennego pobytu mieli spotkanie integracyjne. W sumie ponad 100 osób. Towarzystwo oczywiście mieszane, zjechało kilkoma busami i autobusami. Dzień wcześniej przyjechali co niektórzy przygotować salę, ustawić stoliki i powrzucać jedzenie do chłodni. O 15.00 zajechałam do pracy, bo mieli się bawić do 22, więc zapowiadał się męczący dzień.

O 16.00 zaczęła grać orkiestra, więc uznałam, że oto mogę zejść na dół, bo mnie dyrektorka domu pobytu zapraszała na obiad. Schodzę, mijają mnie dwie babeczki, rozchichotane i uśmiechnięte. Wchodzę na salę, na lewo, tuż przy drzwiach siedzą chyba ci najstarsi i najgorzej się czujący, bo o drzwi oparte kule, laski i dwa balkoniki. Siadam na swoim miejscu, patrzę na parkiet- ciemno od emerytów! I nie, żeby tylko marnie się gibali, o nie! Hulali jak ta lala, średnia wieku 70 plus :) Kobitki w pełnym makijażu, biżuteria, pazurki pomalowane, szpile, kiecki z cekinami, koronkami- odlot! A ja w biało czarnej sukieneczce i białych tenisówkach- jak przedszkolaczek :) Panowie- koszule, eleganckie spodnie, ogoleni. Do swoich „dziewczyn” mówiący „skarbie”, „kochanie”. Na obiad ziemniaczki z cebulką i koperkiem- jak w domu, mięsko, surówka- jak w domu :) Kawy, herbaty, kompotu do woli, siedzę, jem, oni się bawią. Słyszę oklaski dla orkiestry i krzyk jednej babeczki „A weźcie wy zagrajcie coś szybciej a nie smęty takie, co wy myślicie, że emeryci nie potrafią zahulać?”Więc orkiestra jedzie z polkami, oberkami, z polskimi hitami. Jest jak na weselach- orkiestra, przerwa, orkiestra, przerwa. Na pierwszej przerwie zmywam się do biura, korzystając, że dzwoni telefon. Słyszę śpiewy i przyśpiewki z dołu. Czujecie, że ci staruszkowie nie mogli usiedzieć na tej przerwie w spokoju? Roznosiła ich taka energia, że śpiewali wniebogłosy :) A nam-młodym tak ciężko czasem się normalnie zabawić.

I tak to, moi drodzy, trwało do 22. Tańce, hulanki. Babeczki śmigały po budynku do kibelków, poprawić włosy, przebrać się, odświeżyć, wypłukać zęby (tak, tak), rozbawione, rozśpiewane jak pensjonariuszki a nie stateczne seniorki emerytki. W przerwach ludowe przyśpiewki, prowadzone przez którąś z kobitek, śpiewane przez całą salę. Żebyście wy ich widzieli! ile w nich było tego wieczoru radości i młodości. Tak patrząc na nich wyobrażałam sobie jacy byli te kilkadziesiąt lat wstecz. Młodsi to na pewno, niektóre kobitki miały tak delikatne rysy twarzy, że widać było, że w młodości musiały być piękne. Szarmanccy starsi panowie, którzy w młodości na pewno swoim dziewczynom kupowali kwiaty. Wieczór wspomnień, wieczór młodości, wieczór radości i nadziei dla nich.

I szczerze? Mam nadzieję, że w ich wieku też będę w takiej formie i mieć takie towarzystwo do szaleństw :)

Ciasto z rabarbarem i truskawkami

I oto w końcu przepis :) Wiem, długo ich nie było, ale nadrobię, nadrobię. Dzisiaj przepis na placek-ciasto z truskawkami i rabarbarem. Truskawki jeszcze są, rabarbar też jest dostępny, więc migusiem pędźcie na grządki lub do warzywniaka i korzystajcie, bo za niedługo ich nie będzie :) Aha- w przepisie oryginalnym podany jest jako składnik kardamon, ja go niestety nie miałam, ale wyczytałam, że zamiast niego można dodać np. cynamon lub przyprawę do szarlotki i tę ostatnią użyłam :)

Składniki:

-szklanka jogurtu naturalnego

- szklanka cukru

-2,5 szklanki mąki pszennej

- 3 jajka

- 0,5 szklanki oleju

- 1 cukier waniliowy

- 1/2 łyżeczki kardamonu

- rabarbar, truskawki

-cukier puder do posypania

Wykonanie:

Składniki na ciasto miksujemy w misce. Kroimy rabarbar w paski. Ciasto wykładamy na formę, tortownicę, wciskamy rabarbar i truskawki. Pieczemy w temperaturze 175 stopni. I teraz uwaga- w przepisie oryginalnym czas pieczenia wynosi ok. 45 minut. Ale w moim piekarniku piekło się ponad godzinę. Więc po jakichś 45 minutach sprawdźcie patyczkiem, co i jak :) Najlepiej, żeby było złociste :) Po wystygnięciu posypać cukrem pudrem.

Smacznego !!!

Szanuj ojca swego

Nie było mnie cztery dni…..o matko….a raczej ojcze. Ale jestem usprawiedliwiona- w weekend byłam w pracy i mieliśmy roboty po uszy a nawet więcej. Dwudniowa plenerowa impreza, nie było czasu usiąść na tyłku. Ale jestem, melduję, że żyję i nadrabiam zaległości :) Dzisiaj Dzień Ojca. Więc będzie historia, którą żyję ze dwa tygodnie, ale musiałam ją sobie ułożyć w głowie i spróbować zrozumieć. Historia z życia wzięta. O ojcu i synu.

Znajomy jest strażakiem- emerytowanym już co prawda, ale strażakiem OSP. Ma gdzieś po 40, więc jako ochotnik i prezes jednostki udziela się u nas na wsi. Jest dobrym człowiekiem, zawsze pomoże, trzeba drabinę- jest drabina, powiesić kotary od kurtyny- za pół godziny  zwołuje chłopaków z jednostki, zawsze na czas, zawsze z sercem na dłoni. Szczery i oddany ludziom. Ma też 3 synów. Najstarszy- Rafał- podobno był kiedyś zdolnym uczniem, poszedł do dobrej szkoły średniej, uwielbiał pracę w gospodarstwie, mało tego, jeździł nawet na giełdę i sprzedawał produkty. Aż nagle coś mu się odmieniło. Zaczął popijać, chodzi po wsi i sępi kasę, w sklepie alkohol mu dają na zeszyt, mimo próśb ojca i matki, żeby tego nie robili. Ale dają. Ojciec od tego posiwiał, schudł, ale trzyma się dzielnie.

Ale, jak zwykle, dopadła go ludzka „życzliwość”. Po wsi poszła opinia, że alkoholizm syna to wina Ojca. Że Ojciec syna nie upilnował, więc ten się rozpił. Że teraz to On powinien zrezygnować z bycia prezesem OSP, bo nie wypada. Bo syn mu robi złą opinię. Jest głuchy na płacz mamy, na prośby ojca i braci. Ale tego nie widzi nikt. Przypięto mu łatkę Ojca alkoholika. I nie zapowiada się, żeby się ją udało odpiąć….

Wiem, że już pisałam o takich przypadkach nie raz i nie dwa. Ale wiecie co, za każdym razem, gdy mam do czynienia z ludzkimi dramatami i niezrozumieniem krew się we mnie gotuje. Bo nikt nie zwraca uwagi na dobroć i życzliwość Ojca, wystarczyło, że syn się stoczył i wszyscy zapomnieli o Ojcu. A nikt na takie traktowanie nie zasługuje. Bo tak, jak nie wolno oceniać dzieci na podstawie rodziców, tak rodziców się nie ocenia na podstawie dzieci. Po prostu.

Więc drodzy Ojcowie…..co będę Wam pisać….po prostu bądźcie z nami. Bądźcie zdrowi, spełnieni. Zadowoleni z życia i z waszych dzieci. Bądźcie.

PS. Przepisy miały być i będą :) To dla tych, co się niecierpliwią. Obiecuję, że tym razem będzie :) I śmigam na Wasze blogi :)

PS.2. Gdy tyka licznik, wiedz, że coś się dzieje….chyba przegapiłam wyróżniony wpis…..nie wiem, który i nie wiem gdzie…..ale wstyd :P

Reklama dźwignią handlu

Nie oglądam telewizji. No dobra, teraz oglądam, bo są mecze….ale generalnie nie oglądam. Ulubione seriale wolę obejrzeć uruchamiając laptop, przynajmniej nie mam reklam, które podliczone razem zajmują tyle czasu co film. Fakt, czasami są potrzebne. Bo na przykład w trakcie trwania reklam można sobie wyskoczyć pod prysznic, zrobić coś do jedzonka, ale tylko wtedy, gdy telewizję oglądasz z kimś, kto da ci cynk, że akurat się skończyły. Wtedy jest fajnie :) Kiedyś usłyszałam hasło „lubię oglądać reklamy, tylko przeszkadza mi w tym film”. Coś w tym jest. Mam nawet swój własny ranking reklam, ale o tym będzie kiedy indziej. Bo odkryłam „perełki”, moi drodzy. Perełki reklamowe w radiu.

No bo w radiu jest trudniejsza sprawa. O ile w telewizji walnie się topowego aktora, który nawet wiele nie musi gadać, o tyle w radiu to głównie głos się liczy. No i tak: zasiadam sobie wieczorem z kolacją, włączam radio (nie powiem, jaka stacja, ale ta popularna). I słyszę „upławy, swędzenie, pieczenie…”. Mhm….”smacznego zatem” mówię do siebie. Dalej wysłuchuję na temat infekcji grzybiczych pochwy a wyobraźnia działa…..ok. Teraz słyszę jęki jakiejś pani, że ona się czuje „nieatrakcyjna i gruba”. „Bo pewnie taka, kurna jesteś” dopowiadam. Przełączam na inną stację…i słyszę, że jednemu Panu trudno „postawić żagiel”. Co jest, kurde balans! Reklama , kochani moi, tabletek na problemy z erekcją. Za chwilę o problemach z pęcherzem moczowym, infekcji, która dotyka jedynie panie i to tylko w lecie. WTF? To tym żyjemy? Infekcjami i problemami z żaglem? A sorry, jeszcze natrafiam na problemy z metabolizmem w trakcie menopauzy, z odchudzaniem i problemy z wątrobą. Najlepiej w tym wszystkim przedstawiają się reklamy supermarketów, przynajmniej są śmieszne….

Poczyniłam też obserwacje, że jak tak poprzełączać na różne stacje radiowe, to w tym samym czasie na prawie wszystkich lecą reklamy. Sprawdźcie sami i zobaczycie! Żeby nie było- wiem, że stacje radiowe utrzymują się z reklam, wiem, że tak być musi….ale do cholery ciężkiej, można by je „puszczać” jakoś rozsądniej a nie blokami począwszy od upławów, infekcji bakteryjnych i grzybiczych, pęcherzem i erekcją na sam koniec? No luuudzie…..

A i w ramach przedsmaków reklam telewizyjnych, o których będzie innym razem, wrzucam wam filmik z 10 reklamami tv, które rozbawiły Internet :) Bo grunt to mieć pomysł na reklamę!

Dzienne Polaków rozmowy :)

Siedzę w biurze z rańca, korytarzem maszerują dwaj chłopcy, idą do biblioteki. I słyszę rozmowę:

- A mój tata to pracuje w swojej firmie. A Twój?

-A mój rozwozi pizzę.

-Eeee to mało zarabia!

-No i co z tego? Przynajmniej pizzę mam za darmo !

Uwielbiam takie puenty :)

i się przypominam :) polubienie na fb nic nie kosztuje a mnie cieszy i to bardzo :)

Prawo jazdy- kabaret dla odważnych

Miał być przepis w sobotę, ale rypnęłyśmy się z siostrą w przepisie. Ciasto powstało więc po raz drugi w poprawnej wersji :) Więc przepisu wypatrujcie w sobotę :) Generalnie weekend minął średnio, zwłaszcza sobota. To był dzień , w którym denerwowało mnie wszystko….począwszy od drobiazgów, skończywszy na tym, że mój A. oczywiście był znowu niezwykle zapracowany i dla mnie czasu nie miał. No cóż…więc wczoraj po prostu się zapakowałam i pojechałyśmy z Młodą na konie- znaczy ona na trening, ja do pomocy i miziania końskich chłopaków :) Więc w końcu było tak, jak miało być.

I właśnie dzisiaj wyczytałam, że szykują się kolejne zmiany w egzaminach na prawo jazdy. I się zdziwiłam. Bo można jeszcze coś zmienić? Oprócz tej parodii, która się odbywa obecnie? No proszę was, nie mówcie, że to, co się dzieje w ośrodkach egzaminacyjnych nie zakrawa na aferę większą niż ta z przedwczoraj wykryta przez „Wprost”. Pomijam kurs jazdy, bo to akurat było super doświadczenie. Z moim instruktorem jeździliśmy wszędzie, dosłownie wszędzie. Jazda po mieście to nie były tylko utarte drogi i dróżki, trasy egzaminacyjne, to były galerie handlowe (musisz zobaczyć jak wjechać jako kierowca), parkingi pod lotniskiem (inaczej jak jesteś pasażerem, inaczej jak kierowcą) Zero darcia się z powodu niezrobienia czegoś. Raczej- to nie wyszło, więc spróbuj inaczej.

Najgorzej wyglądała teoria. Kiedyś się dostawało zestaw pytań, się uczyło i wio. Nie mówię, że to było dobre. Ale pytania, jakie ja miałam na egzaminie teoretycznym zakrawały o kpinę. Przykład? Proszę bardzo: „Podaj wymiary tablicy rejestracyjnej w samochodzie osobowym”. A na cholerę mi to? Albo równie inteligentne: jest filmik z ludźmi stojącymi na przejściu, oni mają czerwone, ja jadę. Pytanie brzmi: czy będę uważnie obserwować otoczenie i przechodniów, stojących po bokach? Odpowiadam, że tak. Okazuje się, że błąd, bo wymyślający pytanie uznaje, iż skoro oni mają czerwone, to nie ma bata, żaden nie wylezie na przejście i mogę jechać i nie patrzeć uważnie. Zasięgam rady instruktora, mówi, że chore pytanie, bo to, że ja akurat chcę patrzeć uważnie i na nich, nie sprawi żadnej szkody ani zagrożenia w ruchu drogowym nie stwarza. A co, jak się któryś z przechodniów zagapi albo nie zauważy, że ma czerwone, albo jest daltonistą? A no i jeszcze są te magiczne filmiki. Dopiero jest teatrzyk! Filmik możesz obejrzeć tylko raz, w tempie narzuconym przez wymyślającego pytanie, cofnąć, zatrzymać nie możesz. No i tak- najpierw czas, w którym się zapoznajesz z pytaniem, potem czas, w którym leci filmik, potem czas na udzielenie odpowiedzi. Trzy czasy! Obłęd! I pytania posegregowane według ważności -za 3, 2 i 1 punkt. Możesz równie dobrze źle odpowiedzieć na 3 pytania za 1 punkt i zdać a możesz się rypnąć w dwóch za 2 punkty i leżysz. Tym sposobem do egzaminu teoretycznego podchodziłam 4 razy! Obryta i obkuta z przepisów, kodeksu i zasad na blachę, z każdej strony, że w nocy o północy. I najlepsze- wracamy po zdanej teorii, padło magiczne pytanie o tablicę rejestracyjną, jadę przez moje miasto, przejście, mam zielone, piesi czerwone i co? Na przejście włażą dwie licealistki, nie patrząc na kolor światła! Patrzę na instruktora, myślę, co w tej sytuacji zrobiłby pan egzaminator….pytania pytaniami, życie weryfikuje wszystko.

Cześć teoretyczna zdana, teraz praktyka. W noc przed egzaminem nie mogę spać, trzęsą mi się ręce i żołądek wariuje. Rano zawozi mnie Młoda, w poczekalni dostajemy małpiego rozumu. Z nerwów oczywiście. Wywołują mnie, idę, wsiadam, losuję pytania. Pokazuję, gdzie są światła, płyny, ok. Egzaminator na mnie burczy i wcale nie wysiada z auta, jak robią to inni, gdy zdający się przygotowują. Nie, ten siedzi obok i zadaje miliony uszczypliwych pytań. Jestem tak przerażona, że trzęsie mnie już nawet nogami. Na końcu stwierdza, że wkradł się między nas jakiś błąd komunikacyjny i wysiada z samochodu. Tym sposobem oblewam na najprostszym na świecie łuku. „I tak miała Pani fatalnie ustawione lusterka, więc dobrze, że nie wyjechaliśmy na miasto, bo bym się bał”.

Nie dam się ! Za drugim razem jadę spokojniejsza, wywołana czuję niepokój, bo zapamiętałam numer samochodu….patrzę- ten sam egzaminator! O w mordę jeża kopanego! On udaje, że mnie nie zna, więc jest dobrze. Plac zdany, jedziemy na miasto. Pytania typu „czemu tak szybko”, „czemu tak wolno” puszczam jednym, wypuszczam drugim, dostosowując się do znaków a nie do niego. Jeżdżę 40 minut bezbłędnie, w pewnym momencie on rzuca hasło, że skręcamy. Nie zdążam zmienić pasa na prawidłowy do skrętu w prawo…..koniec. Przesiadka. „Gdyby pani pojechała prosto, zdałaby pani a tak….no ja za panią głowy nie będę nadstawiał”. Ryczę jak głupia, tym bardziej, że mnie chłop pociesza, że on widzi, że ja umiem jeździć i że mi obiecuje, że następnym razem się uda. A całuj mnie w „obiecuję” !!!

Trzeci raz….prawie się spóźniam na plac, z tego wszystkiego nie zdążam się zdenerwować. Plac zdany za pierwszym razem śpiewająco, jedziemy na miasto, już mi wszystko powiewa. „Powinna pani jeździć bardziej dynamicznie”- burczy kolejny, tym razem inny egzaminator. „Myślę, że tego się nauczę wraz z praktyką podczas jazdy, może za jakiś czas, gdy pojeżdżę więcej”- odpowiadam burakowi.  „A czemu tak wolno?” „Bo nie znam tej drogi, nie chcę szarżować”- oaza spokoju ze mnie. Kierowcy, widząc, że egzamin, ustępują mi dwa razy pierwszeństwa ku niezadowoleniu egzaminatora. Jeździmy, parkujemy, on ciągle pyta, nagle mi gaśnie auto. Jak gdyby nigdy nic włączam, odpalam, jedziemy, bez mrugnięcia okiem. Miliony pytań typu „a dlaczego, a po co…”. Ale się nie przesiadamy, dojeżdżamy do WORD-u. „Popełniła pani kilka błędów” Świetnie, już po mnie….”Ale nie są to błędy rażące, zdała pani”- rzuca mi kartkę przed nos, wysiada, trzaska drzwiami. Do tej pory pamiętam tą ulgę i radość….że jak to? Że się w końcu udało! Po tylu nerwach, stresie, nieprzyjemnościach w końcu mam !

Zastanawiam się tylko, czy to utrudnianie i stresowanie kursantów ma cokolwiek na celu? Czy spowoduje, że w naszym kraju zmniejszy się np. liczba pijanych kierowców albo bandytów typu Frog z białego BMW, który w nosie miał Policję i wszystkich go ścigających? Czy osoba, wymyślająca tak durne pytania egzaminacyjne ma w ogóle poczucie, że te filmiki niekoniecznie są tożsame z rzeczywistością na drogach? Czy zamiast robić kabaret w ośrodkach egzaminacyjnych nie lepiej zmienić polskie prawo i zacząć kierowcom wymierzać surowsze kary? Szczerze? Gdybym miała znowu zdawać egzamin na prawko, to wątpię, żebym do niego podeszła….nie dlatego, że nie umiem i nie znam przepisów, ale dlatego, że zasady zdawania są nieludzkie. Zdający egzamin nie musi umieć jeździć ekonomicznie i dynamicznie, do cholery! Ma na to całe życie, żeby się nauczyć, przecież nawet doświadczeni kierowcy mają często z tym problem.

A jak u was z tym prawem jazdy było?

1368829741_nssouv_600

Kultura, głupcze!

Wydawać by się mogło, że tacy jesteśmy grzeczni, kulturalni i w ogóle super mega. A tymczasem z tego, co obserwuję, niektórym brakuje po prostu odrobiny kultury. Idziesz sobie człowieku do sklepu, robisz zakupy, próbujesz wyjść…nie da się. No się nie da, bo tłum włażący do sklepu za nic ma to, że pierwszeństwo mają ci, którzy akurat z niego wychodzą. I tak stoisz z tobołami, jeszcze czasami przytrzymując stopą drzwi….i czekasz- zlituje się ktoś czy tak będziesz stał i stał do zamknięcia sklepu?

Albo taka sytuacja- w sklepie matka wjeżdża wózkiem, barierki metalowe odginają się do środka, więc dziecko między regały dowiezie, gorzej wyjechać, zwłaszcza, gdy nic nie kupiła….kolejka stoi twardo i nikt się nie ruszy, żeby jej z drugiej strony tę barierkę otworzyć. Nie mówiąc o tym, że nikt ze stojących dupska nie ruszy, żeby jej miejsce zrobić. Chciałaś dzieciaka, to se teraz radź!

I to zajmowanie miejsc na parkingach dla niepełnosprawnych….tak byś chciał być na ich miejscu? Bo jeśli chodzi jedynie o miejsce na parkingu, to sorry, jesteś zdrowy, możesz poszukać gdzie indziej, ale nie blokuj go dla tych, którzy tego miejsca potrzebują, bo jest im przez to łatwiej i wygodniej. Nie rozumiem….chyba jestem misiem o bardzo małym rozumku….

Albo: mama moja pracuje na pogotowiu. Nocne zmiany kończy o 7 rano. Wracając, zazwyczaj wstępuje jeszcze do sklepu, potem przecina chodnik, którym do szkół podąża tłum młodzieży. Tłum ! Bo oni idą CAŁYM chodnikiem, nie zważając, co i kto po drodze się napatoczy! Nie istnieje prawa strona chodnika, nie istnieją inni przechodnie- oni napierają, im wolno! A spróbuj wejść w drogę….

A najlepsze było kiedyś w kościele. Młody chłopak siedział sobie w ławce, tuż przed mszą do kościoła wparowała babcia z wnuczkiem. Na oko miał jakieś 5-6 lat. Chłopak, ten siedzący, grzecznie wstał i miejsca ustąpił. Babcia usadziła na tym miejscu…wnuczka….sama przestała cała mszę. I niech mi teraz ktoś powie, gdzie sens i gdzie logika? Wnuczek nie dość, że mógł spokojnie usiąść na kolanach lub wcisnąć się obok babci, to jeszcze odebrał lekcję kultury od własnej babci- wolno ci dziecko wszystko, więc korzystaj. Za jakiś czas być może to on będzie napierał  całą szerokością chodnika na przechodniów albo zajmie miejsce dla osoby niepełnosprawnej…..

Sorry, taki mamy klimat…..

Nie rezygnuj z siebie !

W niedzielę zadzwoniła koleżanka. W sumie to trochę przesadziłam, że koleżanka. Bo od jakiegoś roku albo półtora kontaktu nie miałyśmy. Mianowicie ona się zakochała. Ale tak na śmierć i życie. On miał być Tym Jedynym i Na Wieki do Grobowej Deski. Majka, tancerka z powołania, dziewczyna pełna pasji, z głową pełną pomysłów zakochała się do szaleństwa i przygasła niebezpiecznie.

Najpierw zrezygnowała z tańca, bo On był zazdrosny o jej partnera. Bo jak to tak, ona z tym obcym się kizia i mizia w tańcu? Nie może być ! Więc Majka zrezygnowała, żeby Mu pokazać jak bardzo go kocha. Potem Ona powoli zaczęła się odcinać od znajomych. Nie miała czasu się spotkać, bo każdy dzień planowała pod Jego dyktando. To znaczy: rano do Niego dzwoniła i pytała, co dzisiaj będą robić. Jeśli On miał czas, to wychodzili, spacerowali, siedzieli u któregoś z nich. Albo ona go woziła, gdy chciał się spotykać z kolegami. Bo on się ich nie wyparł.Gdy jej znajomi chcieli się z nią zobaczyć, to nigdy nie przychodziła sama. Albo z Nim, albo wcale. Więc znajomi się powoli wykruszali. Choć widzieli, że coś z nią nie tak i co niektórzy o tym mówili, ona nie wierzyła, nie chciała słuchać i miała do nich pretensje, że się wtrącają w nie swoje sprawy.

Któregoś razu Ona znalazła w jego komórce dziwne smsy od i do dziewczyny. Nie wiedziała, jak zapytać, ale się odważyła. On jej wcisnął kit, jeden, drugi, ostatecznie wyszło na to, że to ona miała wyrzuty sumienia, że mu nie zaufała i sprawa się zakończyła. Im dłużej byli razem, tym więcej planów miała Ona. Wspólne mieszkanie, rodzina, dzieci. Od mieszkania się wykręcał, bo brak kasy, bo wynająć się nie opłaca….więc nie nalegała, bo jego to drażniło.

I tak mijały miesiące, rok, dwa….byli razem, ale tak naprawdę pod Jego dyktando i Jego warunki.I któregoś dnia On jej oznajmił, że już nie są razem….bo On się zakochał w innej dziewczynie….bo ona na początku też była inna a  potem się zrobiła dziwna. Bo stała się „łatwo dostępna”, bo Mu wszystko podporządkowała….bo nie ma znajomych, pasji i szalonych pomysłów. Więc On odchodzi….bo potrzebuje więcej szaleństwa w życiu.

Dlaczego o tym piszę? Bo kiedyś byłam taka sama….bo nadal często popełniam ten błąd, że podporządkowuję swój czas Jemu a nie zawsze tak powinno to wyglądać. Bo przy całej miłości i szacunku do siebie nie wolno nam, kobietom, zapominać o jednym- że nie wolno nam rezygnować z siebie całkowicie. Bo nie daj Boże, kiedyś On odejdzie a Ty zostaniesz z …..a raczej bez….bez przyjaciół, bez pasji…kochaj, ale mądrze, zachowaj dla siebie swoją przestrzeń, nie rezygnuj z niej całkowicie, bo możesz skończyć  w osamotnieniu i smutku po stracie wszystkiego.Prawda stara jak świat,ale każdy musi do niej dojść sam….

A tak z innej beczki :) Przypominam się o polubienie na FB :)