Muffinki z nutellą

Kochani, nadeszła wiekopomna chwila :) Od czasu do czasu będą się tu pojawiać przepisy :) Ponieważ bardzo lubię gotować i piec, ale wprawę mam w tym średnią, więc będę się dzielić przepisami prostymi, sprawdzonymi, takimi, które są nie do zepsucia :)

A skoro jutro Dzień Dziecka, więc jedziemy z przepisem na muffinki z nutellą :) Polecam dla dużych i małych dzieci :

Składniki:

1, 5 szklanki mąki

0,5 łyżeczki soli

2 łyżeczki proszku do pieczenia

0,5 szklanki masła miękkiego (czyli nie z lodówki, najlepiej kupić i zostawić w kuchni, coby zmiękło)

0,5 szklanki cukru

2 jajka

łyżeczka aromatu waniliowego

1/3 szklanki mleka

Nutella- w zależności, ile muffinków- po łyżeczce do każdego

Przygotowanie: ok.12 muffinków :

W miseczce przesiewamy mąkę, proszek do pieczenia i sól. W drugiej miseczce łączymy masło z cukrem i miksujemy na jasną masę. Dodajemy jajka i aromat waniliowy, cały czas miksując. Powoli, zwalniając tempo miksera, dodajemy suche składniki, na koniec dodajemy mleko i łączymy.  Do foremek na muffinki nakładamy przygotowane ciasto- mniej więcej do połowy foremki. Na wierzch nakładamy po łyżeczce Nutelli. Pieczemy w 180 stopniach przez jakieś 20-25 minut do „suchego patyczka”

Muffinki są pyszne, bo nie są zapychające i zamulające, są „mokre”, więc do kawy w sam raz. Jeśli robimy wariant dla dzieci, można je dodatkowo ozdobić. Sprawdzona metoda to wycinanie z kolorowego papieru postaci, stworków, wzorków według inwencji, naklejenie na wykałaczkę (klej Magik) i wetknięcie w muffinka :)

Smacznego :)

Jajko mądrzejsze od kury?

Wczoraj na zajęcia mama przyprowadziła 5-letnią Olę. Dziewczynka zazwyczaj przychodzi ze swoją starszą siostrą, ale tym razem akurat tamta miała lekcję angielskiego, więc Ola miała zostać sama. Dodam jedynie, że na zajęcia chodzi od września i jest bardzo samodzielną, rezolutną dziewczynką. Ze wszystkimi pracami radzi sobie lepiej niż jej rówieśnice i ma sporo ciekawych pomysłów. Ola usiadła na krześle, po czym wzięła się za robotę, czyli pracę nad dekoracją styropianowego serduszka. Mama stała nad nią jak kat nad grzeszną duszą, dopytując co chwila, czy Ola na pewno zostanie, czy nie będzie płakała, tęskniła, bała się (ciekawe kogo), czy woli cekiny czy farby, czy ja na pewno mam numer telefonu jakby coś się działo. Mówię grzecznie, że mam, bo często dzwoniłam w sprawach przełożenia zajęć czy coś w tym stylu. Mama stała nadal…..a dziecko wpadło w szał pracy :) Więc mama się na paluszkach wycofała, Ola nawet nie podniosła głowy. Po jakimś czasie zagaduję do małej:

- Mama się pewnie martwi o Ciebie, co?

Ola podniosła głowę, westchnęła, po czym rzecze:

-Taaaa, ta moja mama to się tak zawse o mnie boi…..a ja tego strasssnie nie lubię :D

Pierwsza próba zdobycia niezależności czy zniecierpliwienie, wynikające z nadopiekuńczości mamy? Dla mnie to była pouczająca rozmowa- dzieci, nawet te małe, też potrzebują swojego wolnego czasu, czasu, w którym mogą pobyć bez rodziców i robić to, na co mają ochotę :) I doskonale wyczuwają, gdy ich rodzice martwią się za bardzo :)

Nieważne, dokąd, ważne, z kim :)

Taki wniosek wysnułam po wariackim wyjeździe z moim chłopem we wtorek wieczorem. Wyjazd na wariata, mieliśmy półtorej godziny, żeby się spakować i pozbierać, ale się udało. Zakupy zrobione po drodze, środa dniem wolnym od pracy, bo urlop, jedziemy !!! Ja na miejscu pasażera, banan na ryju, humory dopisywały. Pierwsze co to sprawdzić rezerwację w hotelu. Pytam A., czy dzwonił, on mi na to, że nie, więc dzwonimy. Raz, drugi, trzeci, nikt nie odbiera. A humoru nie tracił, mnie to zaniepokoiło, ale spoko….skoro spać mamy gdzie, może nie ma nikogo na recepcji? Jedziemy, dzwonimy, cisza głucha, mój niepokój wzrasta,ale nie panikuję…..Pytam chłopa mego, co jest i jak to rezerwował. On patrzy na mnie jak na tumana i rzecze:

-”No nie rezerwowałem przecież, to miała być podróż w nieznane, z przygodami, ale nie martw się, tam jest restauracja, więc do 22 na pewno otwarte a w tygodniu nigdy nie ma ludzi, bo już tam spałem, więc wiem”

Zatkało mnie….pomruczałam, ale pod nosem, coby kierowcy nie denerwować, jedziemy :) Dotarliśmy na miejsce, zajeżdżamy pod owy hotel…..ciemno, bramy na głucho zamknięte, jakiś samochód samotnie stał pod ścianą….zamarłam.

-O żesz k….. a co z tym hotelem?- pyta moje Słońce retorycznie- przecież jeszcze niedawno był otwarty.

- Nooooo nie wiem- szemrzę, choć debilnie zaczynam się rechotać, ale, żeby nie widział.

Chłop mój wysiadł z samochodu, ja ryknęłam śmiechem, choć po chwili dotarło do mnie, że jest po 21 a my w zasadzie jesteśmy na jakimś cholernym zadupiu i nie mamy gdzie spać….Otwieram drzwi.

- Ty się nic nie martw, nic się nie dzieje, zaraz coś znajdziemy w okolicy- mówi mi facet, którego kocham najbardziej na świecie.

No to się nie martwię, siedzę, czekam, on przegląda tableta i Internet, znajduje hotel w miejscowości jakieś25 km dalej. Dzwoni, rezerwuje, jedziemy :P 40 minut szukamy hotelu, ale jest już nam tak wesoło, że ostatecznie docieramy na miejsce tuż przed 22. Okazuje się, że hotel jest super, żarcie pyszne, generalnie w mieścinie zero atrakcji, ale co tam- jesteśmy razem, mamy w końcu czas tylko dla siebie, włóczymy się pół środy po Rynku, zaliczając 3 knajpy z 3 dostępnych.

-Ma Pani drinki?- pyta ten, którego kocham kelnerkę i sprzedającą w jednej knajpie

-No coś się znajdzie-odpowiada kobitka, patrząc na niego z uśmiechem od ucha do ucha :)

- A jakie?-drąży temat A.

-Proszę Pana, ja Panu każdy drink zrobię, proszę tylko rzucić nazwą – odpowiada pani z pewną siebie miną

Myślę sobie „no nie, będzie mi tu chłopa zarywać, ale słucham z kamienną twarzą.

-To ma Pani Martini?

-No nie mam

-Mohito?-pyta A., choć wiem, że tego nie pija, ale chce się podroczyć

Babeczka zbladła:- no też nie mam

-To może malibu? Z mlekiem?

-Wyszło.….-mówi babeczka

- To może wiśniówkę z mlekiem?- pyta chłop mój w pełnej desperacji

-Jest, już robię- rozjaśnia się pani :)

Dostajemy połączenie jogurtu wiśniowego z maślanką, spirytusem  i kostkami lodu :) W szklance Nestea i różowymi słomkami :) Smakuje kiepsko, ale jak dla mnie najlepiej na świecie :)

Generalnie przez wczorajszy dzień nie robimy nic- łazimy bez celu, bez telefonów, zegarków, gapimy się w niebo, gadamy, gadamy, nie możemy się nagadać…..Śpimy, przytulamy się, pijemy piwo z lodówki, zajadamy się w restauracji poniżej, trzymamy się za ręce. Doładowujemy akumulatory na kolejne dni w pracy, bo roboty mamy coraz więcej jak to w domu kultury w sezonie imprez plenerowych.

Nieważne miejsce, pogoda też nieważna , choć akurat mieliśmy upał, nieważne atrakcje na miejscu…..ważne, z kim się wyjeżdża :) Dzisiaj wróciliśmy a mnie się nadal twarz śmieje na wspomnienie tej eskapady :)

Świat nie jest taki ponury :)

Ostatnio cały czas tu narzekam, więc tym razem coś na wesoło- historia z wczoraj :) Jechałam do weterynarza z kotem na zastrzyk, kocisko moje w koszyku na siedzeniu pasażera, upał ogromny, ale ona uwielbia jeździć samochodem, więc było całkiem przyjemnie :) W dodatku można i z nią pogadać, bo jest bardzo towarzyska i nawet na poczekalni jak ktoś zaglądał do koszyczka, to ona odmiaukiwała po swojemu ku uciesze zaglądających :) No więc jadę, jadę, patrzę, kurna pasowałoby zatankować…..panika w oczach, bo boję się tankowania jak diabeł wody święconej. Wiem, wiem, baba za kierownicą i te sprawy….w każdym razie mam obczajony cpn, gdzie zawsze są mili panowie, służący pomocą :)

Zajeżdżam, w oczach mimo wszystko strach, bo nigdy nic nie wiadomo, pan podchodzi, więc się gramolę z auta, mówię co i jak, no i stoję przy chłopinie, drzwi otwarte, kota w samochodzie w upał nie zostawię. Pan patrzy na mnie nieufnie, więc zaczęłam się tłumaczyć, że spoko, niech robi swoje, ja sobie stoję przy nim, bo wiozę pasażera a nie zostawię go itd…Pan wysłuchał, uśmiech od ucha do ucha, zajrzał do auta, kocisko moje do niego zagadało, więc gość w ogóle się rozanielił i zaczęła się dyskusja na temat zwierząt.

- Wie pani a ja to kiedyś miałem jamnika i on też ze mną autem jeździł, na siedzeniu z przodu, nikogo nie wpuszczał jak siedział . A pani lubi koty?

-Pewnie, że lubię, już ich trochę mam w domu.

- A może chce pani jeszcze jednego? Bratowa rozdaje, bo jej kotka ma małe.

-Nie, nie, wystarczy mi tyle, ile mam, ale dziękuję za propozycję :P

Pan zatankował, poszłam zapłacić. Wychodząc, pan tankował jakimś obcokrajowcom, pomachał do mnie i krzyczy:

-To co, na pewno pani nie chce kota?

Zaśmiałam się :

-Naprawdę !!! Dziękuję za pomoc!!

-Nie ma sprawy , miłego dnia dla Pani :)

Wyjechałam uskrzydlona. Nie dlatego, że pan był przystojny i uprzejmy, nie dlatego, że mam spokój z tankowaniem na jakiś czas. Ale dlatego, że po raz kolejny okazuje się, że zwierzęta mogą przełamać lody, spowodować rozmowę z kimś sympatycznym. Że świat jednak nie do końca jest taki byle jaki a ludzie to ponuraki na potęgę :) Że nawet na głupiej stacji paliw może być ktoś, z kim można fajnie i miło pogadać :) Dziękuję Panu za podbudowanie wiary w dobroć i życzliwość ludzką :)

 

 

To wstyd mieć więcej niż dwoje dzieci?

Młoda dziewczyna w dość widocznej ciąży pcha przed sobą wózek z dwójką maluchów, obok idzie ojciec, za rękę prowadzi najstarszego chłopca. Znajomi, z nią chodziłam do podstawówki. Zaraz po maturze wzięli ślub, szybko urodziło się pierwsze dziecko, potem reszta dzieciaków. Spotykamy się na mieście, siadamy na ławce, on spaceruje z dziećmi, my gadamy. Pytam jak się czuje i jak sobie radzi.

- Wiesz, jest ciężko, ale jakoś sobie radzimy. Jesteśmy razem, więc razem dzielimy opiekę nad dzieciakami, starszy pomaga, zajmuje się dziewczynkami. Ale co ja się nasłucham od ludzi…..

Zdziwiona pytam, o co chodzi.

- Bo wiesz, przy pierwszej ciąży to jeszcze było ok, ale jak Kuba miała niecały rok a ja po raz drugi zaszłam w ciążę, to było tak, że np jechałam z nim w wózku a ciążę było już widać. Wiesz, ile było komentarzy, że to niemoralne, nienormalne, że Kuba jest malutki a ja już w kolejnej ciąży? Nie wspominając o tym, jak jest teraz. Dziewczynki w wózku, Kuba za rękę a ja w kolejnej ciąży. A przecież nie jesteśmy rodziną patologiczną, dzieci są zadbane, wyczekane……A najgorsze są starsze panie, które prawie za plecami mi spluwały z pogardą.

Zatkało mnie. To jak to, tak kochamy dzieciaki a kobiecie w ciąży nie umiemy okazać normalnych ludzkich odruchów? Czy w dzisiejszych czasach nadal musimy słuchać komentarzy, że byli niemoralni i wyuzdani bo się szybko postarali o kolejne dziec? Skoro są dorośli, to ludzie drodzy, nie nasza to sprawa, że chcą mieć tyle a tyle maluchów. Każde dziecko to indywidualna sprawa rodziców, to świadomie podjęta decyzja i nie nam osądzać, ile takich decyzji zostało podjętych a ile nie. Skoro oni się zdecydowali, to moim zdaniem należy podziwiać ich za to, bo, bądźmy szczerzy, nasze państwo niespecjalnie gwarantuje jakąkolwiek politykę prorodzinną.W telewizji ciągle się mówi o niżu demograficznym, politycy zachęcają kobiety do tego, żeby miały jak najwięcej dzieci, ale ludzka mentalność jak zawsze nie idzie z tym w parze. Jakby na przekór.
Niby dzieci są traktowane jak skarb….no właśnie niby, bo dla niektórych posiadanie ich w większej ilości jest powodem do wyśmiania i niewybrednych komentarzy.

Zaryzykuję stwierdzeniem, że niektórzy ludzie są w dalszym ciągu ograniczeni w swoim własnym umyśle…..

A taka święta była….

Joanna była kiedyś, kiedyś moją serdeczną przyjaciółką, jeszcze w czasach podstawówki. Miała starszego brata, w sumie nie przepadaliśmy za nim w bloku, bo był duży, gruby i złośliwy. Aśka była taką typową mamusiną córcią- blondyneczka, prymuska, roześmiana, nigdy nie powiedziałaby, że jej coś nie wyszło, zawsze pogodna, zawsze na plus. W szkole była najlepsza z klasy, uczyła się perfekcyjnie, nauczyciele  za nią przepadali, klasa mniej, bo umiała się gronu nauczycielskiemu przypodobać. Lubiłyśmy się, zawsze było z nią śmiesznie, bo miała dzikie pomysły. Asia chodziła też na KSM- ideał po prostu. Rodzice trzymali ją raczej krótko, bo jako jedyna córcia miała być naj…..i taka była. Jej starszy brat po maturze poszedł do seminarium. Wszyscy byliśmy w szoku, ale co tam, niech będzie szczęśliwy, uznaliśmy solidarnie. Asia została a jako siostra kleryka w naszej mieścinie musiała zacząć zachowywać się odpowiednio. Grzecznie, cicho i potulnie, nie wychylać się zbytnio przed innych. Gdy dorosła, rodzice nie chcieli jej nawet puszczać na imprezy, bo co ludzie powiedzą, gdy Asię zobaczą a nie daj Boże, jak wróci wstawiona?

Asia w końcu wyfrunęła z rodzinnego gniazdka na studia. Duże miasto, nowe znajomości….na początku jeszcze się spotykała z nami- starymi przyjaciółkami, ale opowiadała jedynie o sobie, o tym, gdzie piła, co piła i z kim tym razem była. Nigdy nie pytała o nas. Spotkałyśmy się na prymicjach jej brata. Asia była lekko zgaszona, ale nie przyznałaby się w życiu, że coś jest nie tak. Swoją rolę dobrej i grzecznej siostry księdza postanowiła grać dalej.

Jakiś czas później spotkałam ją w naszym mieście, spłoszona, z wielką torbą zasłaniającą brzuch przemknęła przez ulicę. Wszystko było jasne. Po jednej z imprez po prostu wpadła z kolesiem, który się jej podobał,ale nie była pewna, czy go chce. No i się zaczęła nagonka rodziców. Bo nieślubne dziecko, bo rodzina taka pobożna, bo syn ksiądz a tu taka wtopa. Bo Asia taka święta była, przy ołtarzu śpiewała a tu bękart? No ludzie, ludzie, huzia na Józia, niech wie, że źle zrobiła!!! No i piorunem zorganizowano ślub, udzielił go zresztą Asiny brat, żadna z nas nie została na niego zaproszona, było szybko, acz wystawnie. Asia wyjechała do innego miasta, wraz z mężem i córką. Rodzice  ją dumnie noszą głowy wysoko, że córka tak dobrze trafiła, że on ją tak kocha, że Zuzanka taka śliczna, taka idealna, że takie cudne mieszkanie mają….

Do czego zmierzam? Ano do tego, że myślenie ludzkie jest jednak stereotypowe. Nie dość, że dziewczyna robiła wszystko, żeby sprostać oczekiwaniom rodziców, to w momencie, gdy im jednak nie sprostała, zostało jej to wypomniane i zapamiętane. Łatwo narzucać komuś rolę życia do odegrania, stawiać wymagania i myśleć na skróty- siostra księdza musi być świętsza od samego księdza, biskupa i papieża. A jeśli nie, to jak wspaniale można to jej wypomnieć…..

Jeremi Przybora

“2 lipca 1964
Jeszcze tydzień do Ciebie niebotyczny i stromy,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez ten czas nieruchomy,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez to słońce stojące,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez te myśli dręczące,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez to Twoje milczenie,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez to moje starzenie,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez bywanie u osób,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez pretensje do losu,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez Krakowskie Przedmieście,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez zwątpienie: czy jesteś?,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez dni gęste jak sita,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez Gomułkę i Tita,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez jedzenie truskawek,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez bez-Ciebie-Warszawę,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez Brubecka i Bacha,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez milknący lip zapach,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez to pchanie się siłą,
Jeszcze tydzień do Ciebie przez miłość.”

Nie umiem ściągać

Czas matur, zwłaszcza pisemnych, skłania ku refleksji. nie na temat szkolnictwa, bo się nie znam, ale na temat ściągania. W sumie na tym też się nie znam, ale przynajmniej mam co opowiadać. Nie potrafię ściągać. I nawet nie chodzi tu o jakiekolwiek moralne wątpliwości. Nie, po prostu technicznie ściąganie jest dla mnie niewykonalne. W sumie z tą moralnością chyba coś jest na rzeczy….bo każda próba ściągania to były dla mnie głównie nerwy i trzęsące się łapy plus brak zdolności logicznego myślenia.

O ile w podstawówce nie zdarzyło mi się ściągać, o tyle na fizyce w średniej szkole była takowa okazja. Klasa humanistyczna miała to do siebie, że z fizyki przejawiała całkowitą tępotę, więc solidarnie przygotowałyśmy sobie na klasówkę tzw. gotowce. Okazało się, że wszystkie używające owych ściąg zdały na 3, choć wszystko napisane było poprawnie a cała reszta, która pisała bez ściąg, zdała na 4 i 5. Fenomen !!!

Najlepiej było na łacinie. Na któryś sprawdzian nie zdążyłam się nauczyć. Nie wiem, jak to się stało, bo zawsze byłam kujonem a łacinę uwielbiałam, ale stało się. No i przygotowałam sobie małą karteczkę z wzorem odmian słówek. Deklinacje i takie tam :) No i piszę, piszę, nagle słyszę, że kartki trzeba już oddać, więc niewiele myśląc, oddałabym kartkę z moją ściągą wewnątrz. Szczęście całe, że mi po drodze wyleciała na podłogę a profesorka litościwie udała, że nie widzi.

Na studiach ściągałam na przedmiocie „Polski konstytucjonalizm”. Do porównania były dwie konstytucje- obecna i któraś z przeszłych. Nasz pan doktor, na marginesie powiem, że fantastyczny specjalista i świetny człowiek, był nałogowym palaczem. Zostawił więc cały rok studentów, pocących się nad kartkami i udał się na patio zapalić. Rzuciliśmy się do notatek, karteczek, ściąg, w sali wrzało. Nagle ktoś chrząknął, okazało się, czego wcześniej nie zatrybiliśmy, że całe patio jest oszklone, więc nasz pan dr po prostu stał z papierosem w zębach i patrzył na nas z politowaniem :) Oczywiście żadne z nas nie zdało :)

Z kolei na dyplomacji pisaliśmy wypracowanie. Temat mi leżał, więc pisałam jak szalona. Napisałam prawie wszystko, podnoszę głowę, bo mnie bolały oczy, odwracam się na prawo, lewo, bo szyja zdrętwiała. Słyszę głos:

-Pani tu podejdzie !!!

Uznałam, że to nie do mnie, więc siedzę i myślę nad zakończeniem pracy.

-No proszę tu podejść, przecież panią wołałem, proszę nie udawać !

No kurna jednak to do mnie ! Wstaję, podchodzę, podaję kartkę. Pan profesor zaś mi mówi, że to już koniec egzaminu dla mnie, bo on mnie obserwował cały czas i przez ten cały czas usiłowałam nawiązać kontakt wzrokowy z sąsiadem, celem ściągnięcia od niego (!!!). Więc tłumaczę, że ja nie ściągałam, żeby sprawdził, ile mam napisane, że może mnie śmiało przepytać, bo jestem obryta i nie ma opcji, żebym ściągała. Nie udało się, pan uznał, że nie ma czasu dla mnie, bo czeka na niego taxi i obiad. Musiałam przyjechać na poprawkę.

I właśnie dlatego doszłam do powyższych wniosków. Nie umiem ściągać, po prostu kurna się nie nadaję do tego Każda próba tego niecnego czynu źle się dla mnie kończyła, albo prawie zdemaskowaniem, albo stresem, że się nie uda. Najlepsze, że nawet jak nie ściągała, to i tak zostałam o to ściąganie oskarżona. Więc dałam sobie spokój. Podziwiam tych, co umieją, co potrafią ściągać bez wyrzutów sumienia i radzą sobie z tym w każdym stresie. Znam takich, co ni napisaliby matury, gdyby nie ściągi. Ja nawet nie próbowałam, bo i tak nic by z tego nie wyszło….

Strach ma wielkie oczy

Każdy z nas czegoś się boi. Strachy- mniejsze i większe towarzyszą nam od zawsze i pewnie do końca pozostaną z nami, pewnie tylko będą zmieniać natężenia- czasem w dzieciństwie boimy się jakiejś rzeczy, z której wyrastamy, często strach pojawia się w późniejszym wieku i zostaje do końca.

Mam koleżankę, która panicznie boi się pająków. Mieszkałam z nią w Krakowie, więc wiem, o czym mówię. K. Nie weszła do łazienki, jeśli paradował po niej pająk, darła się wniebogłosy dopóki ktoś ( czytaj ja) owego pająka nie wyniósł. Bo ja się z kolei nad żyjątkami lituję, łapię do szklanki i wypuszczam. W swoim pokoju mam ze dwa zaprzyjaźnione pająki :) Mamy niepisany układ- one mi polują na komary i nie pchają się do gęby podczas snu (bo podobno w swoim życiu podczas snu połykamy ileś tam pająków), ja ich nie zabijam i pilnuję, żeby ich koty nie pożarły. Układ trwa już chwilę i obie strony się z niego wywiązują :)

Mój A. ma z kolei kumpla, który nie zaśnie przy zgaszonym świetle. Ostatnio w weekend w nocy spaliśmy w hotelu, widzę, że spod drzwi kolegi sączy się światło. Pytam A. ,co jest, czy może coś u kumpla nie tak, na co on, że nie, że on po prostu musi mieć światło zapalone, bo nie ma bata. Nie dopytałam, czego tak się boi w tej ciemności, ale na pewno się dowiem :)

Niektórzy, zwłaszcza kobiety, boją się myszy. Jestem sobie kiedyś u mojego chłopa, siedzimy na huśtawce w ogrodzie, jego mama stała na balkonie i coś nam opowiada. Nagle wrzask. Pytamy, co się dzieje, na co ona, że ma martwą mysz na chodniku i żeby A. ją usunął, bo ona nie wyjdzie z domu :) Na szczęście moje futrzaki dbają o to, żebym lęków przed myszami nie miała, bo znoszą je na tyle regularnie, że już się do nich przyzwyczaiłam.

Czego ja się boję? Boję się zamkniętych pomieszczeń, nienawidzę zabudowanych kibelków, bo mi się wydaje, że się zatrzasnę i nie ucieknę :) Wiem, głupie to, ale co poradzę :) Najlepsze, że równocześnie boję się otwartych przestrzeni. Dlatego walczę z tym lękiem chodząc po górach. Z każdym takim wyjściem w wysokie góry czuję, że coś w sobie przezwyciężyłam, choć zdarza mi się telepać na widok wysokości za mną, na widok nieograniczonej przestrzeni dookoła, walczę z samą sobą :)

A jak to jest z wami? Uwaga, tworzymy listę strachów i lęków :) Wpisujcie, czego się boicie :)

Sławomir Wolski „Nie skreślaj mnie”

„Nie skreślaj mnie
ze spisu pilnych marzeń,
nie spychaj w cień,
pod stos wyblakłych gazet.

Nie skreślaj mnie
na liście do zachwytu,
nie zmieniaj w biel
szarości wspólnych świtów.

Nie skreślaj mnie.
Podkreślaj mnie.

Nie skreślaj mnie
w podpisach tatuaży,
nie wmawiaj, że
nasz sen się nie przydarzył.

Nie skreślaj mnie
z albumu słodkich wzruszeń,
nie spalaj zdjęć
i wyznań nie retuszuj.

Nie skreślaj mnie.
Podkreślaj mnie.

Nie skreślaj mnie,
ja nie dam się zapomnieć,
czy chcesz, czy nie,
twe myśli wrócą do mnie.

Nie skreślaj mnie,
pojawię się na nowo
i skreślę cię,
by zniknąć razem z tobą.

Nie skreślaj mnie.
Podkreślaj mnie.”