o tym, że czase trzeba odpocząć….od siebie samego

Czasem jest tak, że potrzeba czasu. Na przemyślenia….na ogarnięcie siebie i nieogarniętych myśli…czasem trzeba zniknąć, żeby wrócić…czasem trzeba w nieskończoność słuchać tej samej piosenki, żeby wrócić na właściwe tory…

Każdy powrót jest trudny. Ale możliwy.

Co u mnie?

Świat się lekko zawalił. A. jest już od dawna z kimś innym. Pamiętacie? Pisałam kiedyś o Ewelince? No…to właśnie owa Miłość….bywa….

innym razem do tego wrócę….

dziękuję, że jesteście….powoli wracam….

dobrej nocy dla Was :)

Wracam :)

Oj długo mnie nie było…..ojjjj bardzo długo…. musicie mi wybaczyć :) trzeba było co nieco przemyśleć, co nieco poukładać od nowa….

Jestem i postaram się być jak najczęściej :)

dzięki za wszystkie wiadomości, maile…jesteście najlepsi !

Dziewczyna bez ojca zrobi dla faceta wszystko (?)

Usłyszałam ten tekst od kolegi,przemyślawszy temat, przywołując znane sobie historie, dzielę się z wami moimi przemyśleniami.

Ewa zakochała się w księdzu.  Facet, bo ksiądz głupio brzmi, był przystojny, fakt, zaimponował dziewczynie swoim zainteresowaniem jej osobą. To przede wszystkim. Ona, wychowywana jedynie przez matkę, bo ojciec pracował za granicą, urzeczona była tym jego zainteresowaniem, pytaniami o to, jak się czuje i co u niej słychać. Imponowało jej, że taki mężczyzna może się nią martwić, być ciekawym jej życia, zainteresowań. Znajomość rozwijała się, ona zakochiwała się coraz bardziej, jemu ona też nie była obojętna, ale był ostrożny. Ona swoje uczucia przelała na niego, on był dla niej autorytetem, opiekunem, ojcem, facetem.

Aż w końcu przyszedł czas, że jego przenieśli w inne miejsce. Ona została osamotniona, bo dla niego poświęciła przyjaciół i czas wolny. Dla nich ta znajomość była dziwna i trudna do zaakceptowania.

Justyna nie była w domu akceptowana przez ojca. Ten miał jedynie wymagania, miała być we wszystkim najlepsza a była przeciętna. Ciągle więc jej powtarzał, jaka jest beznadziejna i nic niewarta. Więc zaczęła żyć z tymi myślami. Zainteresowanie starszego faceta przyjęła najpierw z niedowierzaniem, potem rzuciła się w tę miłość jak ćma do światła. On stał się dla niej sensem życia, wyrocznią. Nie zauważyła, że po jakimś czasie on mu zobojętniała, że przestał się nią interesować a zaczął wykorzystywać. Ona go wielbiła, błagała, żeby jej nie zostawiał, żeby z nią zawsze był. Gdy znalazł sobie inną, ona wmawiała sobie, że to na pewno jej wina..nikt nie potrafił jej przegadać, że facet był po prostu byle jaki i od początku wiadomo było, że nic z tego nie będzie. Ona wydzwaniała, sms-owała, przepraszała, on nie reagował…ona błagała o szansę….

Ile takich dziewczyn jeszcze chodzi po świecie?

Jak oswoić kota? Felek w natarciu

Zaczynam się blogowo obijać…albo mnie wena opuszcza, albo jesienna chandra łapie. Mając w domu dwa nowe stworzenia czasu nie mamy zresztą zbyt wiele. Cała magia polega na tym, że do naszego domu trafił dorosły kot, który najprawdopodobniej wyleciał z poprzedniego domu za bycie agresywnym. W stosunku do zwierząt, ale i do opiekunów….Nie jest to komfortowa sytuacja dla nikogo, ale uznałyśmy, że Felka nie oddamy. Nie jest sztuką przygarnąć słodkiego kociaczka i przerobić po swojemu, sztuką zająć się dorosłym kotem, z jego przyzwyczajeniami i humorami.

Nie na darmo się mówi, że koty syjamskie są wymagające i specyficzne. I nie nadają się dla osób, które wcześniej kota nie miały. Prawda to! Felek potrafił nie jeść dwa dni. Przerażone tym faktem, zawiozłyśmy gada do naszego weterynarza, orzekł, że to stres, ale że jeśli 3 dni nie będzie jadł, to musi przyjechać na kroplówki. Zawzięłyśmy się. Młoda wyczytała na forum, co i jak, kupiłyśmy legowisko, drapak i kocimiętkę, Felek został wyekspediowany do Młodej na uspokojenie w komfortowych warunkach. Na dodatek jego nowe posłanie zostało spsikane kocimiętką. Udało się! Pod koniec drugiego dnia zaczął łaskawie jeśc . Nadal jednak walczymy z jego atakami agresji na nasze koty, zwłaszcza te, które wychodzą na zewnątrz. Uwziął się na nie i jak na razie brakuje nam pomysłów. Po Felku za to widać, że się z każdym dniem coraz lepiej czuje w całym domu. Jego zezik absolutnie mu w niczym nie przeszkadza, do tego stopnia, że za sznureczkiem gania jak całkiem normalnie widzący kot.

Ostatniej za to soboty nasz kot zamarzył sobie o tym, żeby zostać lotnikiem. Pozostawiony celem uspokojenia u Młodej w pokoju, bez problemu rozbroił zabezpieczenie okna i znalazł się na ogrodzie. Na szczęście całe, nic sobie nie zrobił, ale stresu najadłyśmy się z mamą do pełna.

Na dodatek jest jeszcze pies. Ale to już inna historia, cześć z was go widziała na FB albo Instagramie- tak, tak, mam swoje konto i tam, ale już nie Ineczkowe a prywatne :) Z dwoma kontami naprawdę nie dałabym chyba rady….

Zabieram się za kawę i ciacho :)

Po trupach do celu! Zamieszki na pogrzebie

W moim mieście jest taka jedna kobitka. Po 50-tce na pewno, niczym się nie wyróżniająca. Na pierwszy rzut oka przynajmniej. Bo owa pani jest chodzącą bazą danych naszego miasteczka. Wie wszystko- kto i z kim, ile razy, z kim pani K. ma dziecko i co się stało z jej mężem, kto na co choruje i jakie miał operacje. Kiedyś dopadła i mnie. Spotkałyśmy się na poczekalni u okulisty i zagadała do mnie:

- A co Ty teraz w życiu robisz w ogóle?

-Pracuję- odpowiadam, zastanawiając się, co jej jeszcze rzec, żeby się odczepiła.

Niepotrzebnie się zastanawiałam, bo tak naprawdę nie potrzebowała więcej informacji

- A bo ja to kiedyś myślałam, że ty do zakonu pójdziesz, pamiętam jak śpiewałaś pod ołtarzem, taka pobożna byłaś….

No tak…to mi pojechała, uśmiechnęłam się serdecznie w duchu. Fakt, kiedyś byłam pobożna i fakt, śpiewałam, bo należałam do KSM-u. Ona codziennie latała i nadal lata do kościoła, więc się widywałyśmy.

Ale ostatnio przegięła. Spotkałyśmy się na jakimś pogrzebie. W sumie to trudno akurat się spotkać na pogrzebie :) w każdym razie obie na nim byłyśmy. W kościele była spokojna, zaczęła odstawiać szopkę w drodze na cmentarz. Tym bardziej, że dopadła jakąś psiapsiółę, wzięły się pod ręce i dalej w drodze na cmentarz opowiadać sobie to i owo. Dyskutowały prawie na głos, ignorując syki i chrząknięcia osób obok. Ignorując powagę sytuacji i szacunek dla zmarłego.

Były tak zagadane, że nie zauważyły jak karawan z trumną zatrzymał się pod cmentarną bramą. Oooo obie pańcie dopiero wtedy pokazały, na co je stać. Ruszyły z kopyta przed trumną, zatrzymując się dopiero na cmentarzu. Nie wiedziały bowiem, w którą stronę się kierować. Szybko to jednak nadrobiły, wierzcie mi, pędziły w tempie zastraszającym między nagrobkami, żeby stanąć w odpowiednim miejscu. Straszne to było, powiem wam…głupio zwracać uwagę starszym, więc jedynie popatrzyłam na nie i uznałam, że to nie miejsce na awantury, ale jestem zniesmaczona po dziś dzień.

Żądza sensacji i zobaczenia „będzie płakać czy nie będzie” zrobiła ze zwykłych plotkujących niewiast żądne sensacji hieny. Gdzie się podziało wyczucie chwili, sytuacji, delikatność i zwykła ludzka wrażliwość?

Czym skorupka za młodu nasiąknie- historia o Michasiu

Na studiach mieszkałam z koleżanką. Agnieszka jej na imię. Aga ma brata Michała, gdy my byłyśmy na 4 roku, on zdawał maturę. Aga i Michał nie mieli ojca, wychowywała ich mama. Któregoś wieczoru siedziałyśmy nad książkami i Agę zebrało na zwierzenia rodzinne. Okazało się, że u nich w domu mieszka książę. Książę Michał Leniwy. Otóż mama przyzwyczaiła Michasia do tego, że w domu nie musi on robić nic, tylko się uczyć. Zakupy- mama albo Aga, o ile wracała na weekendy, śmieci- mama, sprzątanie- mama, porządkowanie prania- mama. Michaś był nietykalny.

Na sugestie Agi, że przecież chłop jak dąb i korona mu z głowy nie spadnie jakby przeleciał się ze śmieciami, mama odpowiadała, że to chłopak przecież i on nie musi robić nic. Mało tego, nawet gdy Aga wracała na weekendy i harowały z mamą, na sugestie co do Michała, i mama, i on reagowali najświętszym oburzeniem. „Chłopak nie musi pomagać w domu” tłumaczyła matka syna, gdy zbierała jego brudne skarpety i gotowała pyszne obiadki. „Ma się uczyć, zdać maturę”.

Michał zdał maturę i poznał Judytę. Taki damski odpowiednik jego samego. Judyta- jedynaczka z bogatego domu, nieprzyzwyczajona do sprzątania i dbania o dom. My wróciłyśmy na studia, Michaś i Judyta zapragnęli razem zamieszkać. Akurat było wolne mieszkanie po babci Judyty. Michaś przeniósł się na zaoczne studia i zaczął dorabiać. Ale Judyta to nie była jego mama, która i ugotowała, i uprała, i podstawiła obiadek pod nos. Mało tego, Judyta nawet nie myła naczyń, no chyba, że brakowało szklanek na kawę. Nie prali, bo żadne nie potrafiło, przez miesiąc ganiali z brudnymi rzeczami do rodziców, potem mieszkanie zaczęło zarastać a oni zaczęli się kłócić. Bo brudno, bo naczynia brudne a ile można się odżywiać pizzą i zupkami w proszku? Bo nieużywany odkurzacz zaczął kłuć w oczy, koty w korytarzu fruwały pod sam sufit.

Wytrzymali tak dwa miesiące….tuż po Bożym Narodzeniu zamknęli drzwi i każde wróciło do rodzinnego gniazdka. Do posprzątanego, ciepłego mieszkanka, w którym wszyscy za nich wszystko robią…..

Felix znaczy szczęśliwy

Na samym początku chcę Wam, kochani, bardzo podziękować za ciepłe słowa….wiele one dla mnie znaczą, wierzcie mi….

A teraz przechodzę do sedna rzeczy. Bo oto wczoraj stało się coś, w co sama ledwo  wierzę. Otóż wybrałyśmy się wieczorem do kina z Młodą. Uznałyśmy, że musimy się wyrwać i odstresować po ostatnich wydarzeniach, więc wybrałyśmy film „Słowo na M” z Danielem Radcliffem. Nota bene- myślę nad założeniem nowej kategorii na blogu, mianowicie polecaniu i opisywaniu ostatnio obejrzanych filmów. Trochę się ich zbiera ostatnio. Film obejrzałyśmy, porobiłyśmy głupie zdjęcia, bo w końcu jak szaleć to szaleć i podjechałyśmy jeszcze na najpyszniejsze zapiekanki. Po co to opisuję? Ano po to, żebyście wiedzieli, że każda minuta, każda rzecz wpływa na inną, na to, co się stanie.

Bo gdybyśmy nie zabłądziły na parkingu, nie usiadły przy zapiekankach, nie spotkałybyśmy na swojej drodze kogoś wyjątkowego. Puszkowa, czarownico jedna! Ty wiedziałaś! Wracałyśmy jak zwykle, na parkingu przy wyjeździe z miasta stał samochód, przed nim stał kot….nie wiedział, co ma robić, samochód odjechał z piskiem, kot prawie wybiegł na ulicę. Popatrzyłyśmy z Młodą po sobie, zawróciłyśmy….kot do auta, na kolana….oto byłyśmy świadkami, jak ktoś porzuca w nocy biedne, samotne zwierzę….co miałyśmy zrobić zwłaszcza w takim dniu jak wczoraj?

No i mamy Felixa. Felix znaczy szczęśliwy i mam nadzieję, że już u nas zostanie….zdrowy i szczęśliwy jak samo imię wskazuje. Dzisiaj oglądał go nasz weterynarz, Felek jest zadbany, rasowy, cudowny! Sprawdzony, czy nie ma chipa pod skórą, bo jest kotem rasowym, ma błękitne oczy i, co najlepsze, zeza ! Jest słodki….Czekamy dwa tygodnie, czy nie zgłosi się właściciel, potem odrobaczamy, kastrujemy i szczepimy….

Czy tylko mnie się wydaje, czy Rudy maczał w tym swoje puchate łapy?

Moje podsumowanie września

Wrzesień nie jest dla mnie łaskawy pod żadnym względem….najpierw byłam chora, potem okazało się, że mój ukochany rudy kot jest chory. Diagnoza- nowotwór w jamie opłucnej. Nieuleczalny rzecz jasna, powodujący duszności. Rudy jeździł do zwierzęcego szpitala, nasze dni skupiały się wokół niego- sprawdzanie oddechu, mizianie i kizianie, sprawianie mu radości póki jest. Od piątku jest na intensywnym leczeniu, bo przestał jeść. Wczoraj weterynarz powiedział, że póki co to lepiej nie będzie. Boję się tej ostatecznej decyzji. Jakieś fatum chyba nad nami ostatnio ciąży. Żołądek mi się buntuje, apetyt wyszedł chyba razem z apetytem Rudego. Nie mam w sobie tej ostatniej radości, czasami tylko pojawia się jakiś promyk ale szybko znika. Jestem zmęczona, zdołowana i w ogóle jest beznadziejnie. Kot a tyle smutku :( Jeszcze jest, ale jak długo? Był od zawsze, wykochany, przygarnięty, wrażliwiec jeden, przytulał się na widok moich łez i strachu. Wyczuwał każdy nastrój. Jeszcze jest….ale jakby go nie było. Brakuje go na parapecie, nie ma mi kto spać na głowie. Wypłakałam już chyba wszystkie łzy…

Wybaczcie, że mnie tyle nie było….postaram się wziąć w garść….

Jak ładnie dziś wyglądasz- sztuka przyjmowania komplementów

Zawrzało po moim ostatnim wpisie o księdzu i dziewczynkach. Nie przejmuję się rzecz jasna komentarzami typu, że to kolejny wpis kobiety, która ma problem ze sobą i w dramatyczny sposób chce zaistnieć  :) Niech wam, drodzy hejterzy, ziemia lekką będzie…

Dzisiaj chciałam napisać o tym, że nie potrafimy przyjmować miłych słów od innych. Przykład: urodziny mojej Rodzicielki, przedwczoraj. Zrobiła sałatkę, bardzo pyszną zresztą, siedzimy z Młodą i Rodzicielką, podjadamy. Nagle Mama:

- Co? Niedobra ta sałatka mi wyszła, mało słona

Ja:- no co ty, pyszna

-Ale ja myślę, że jednak mało słona, jakaś taka niedoprawiona. Pieprzu chyba mało dodałam- mówi Mama przy kolejnym kęsie

Sałatka pęcznieje nam w ustach, Młoda milczy, ja tracę cierpliwośc

-Mamo, naprawdę jest pyszna, czemu kombinujesz?

Koniec końców przegadałyśmy Mamie, że naprawdę owa sałatka jest idealnie doprawiona. Ale gdy ona nas co chwila dopytywała, co i jak, smak sałatki stawał się wyraźnie mdły. Czemu zaczynam od sałatki? Ano dlatego, że my  robimy podobnie. To znaczy- ktoś nam mówi coś miłego. My, będąc niepewne i siebie, i osoby mówiącej komplement, zaczynamy wywody. Która z was, drogie panie, słysząc komplement od faceta, mówi z uśmiechem, że bardzo dziękuje? A ile z nas od razu zaczyna gadki, że jak to, że akurat dzisiaj to ja się nawet nie umalowałam albo, że te ciuchy to już mają swoje lata, że fryzura nie taka, że coś tam i owam tam. W tym momencie normalny facet zaczyna na nas patrze naszymi oczami naszymi oczami, no i masz- faktycznie fryzura nie halo, ciuchy nie bardzo….po cholerę ja się w ogóle odzywam? A potem się dziwimy, że nikt nas nie dostrzega i nie doceni pięknego wyglądu czy ubioru.

Skoro same tych uprzejmości sobie nie życzymy, nikt nam ich narzucać nie będzie. O ile przyjemniej wygląda sytuacja, gdy na dobre słowo reagujemy uśmiechem a jeszcze lepiej (sprawdzone!) na komplement „pięknie wyglądasz”, odpowiedzieć „ty też” :) Gwarantuję uśmiech na twarzy każdego, który z uprzejmością zaczyna rozmowę :)

I tu się nam kłania wiara w siebie. Nie chodzi o to, że mamy na siłę oznajmiać całemu światu, że jesteśmy piękne i cudowne. Ale jeśli już słyszymy komplementy, to dlaczego po prostu się z nich nie cieszyć? Podnieść głowę, pierś do przodu i myśleć pozytywnie! Koniec z podejrzliwością :) Jesteśmy piękne i tyle !

 

Czego pragną faceci

Dopadło mnie….choróbsko znaczy się. Siedzę więc potulnie na zwolnieniu, bo moja pani doktor uznała, iż nie powinnam przeziębić nieszczęsnych zatok. Wykupiłam lekarstwa, w tym antybiotyk, zapłaciłam ponad 90 zł ! I pomyśleć, że niektórzy wydają tyle na leki codziennie….porażka. Ale ja nie o tym dzisiaj chciałam.

Albowiem wdałyśmy się z E. w interesując rozmowę. Tak a propos siedzenia w domu w stroju rozciągniętym, wieczorowym . Albowiem moja E. należy do kobitek bardzo o siebie dbających. Z domu bez makijażu nie wyjdzie. Zawsze się odpicuje i wygląda szałowo.  Ale gdy siedzi w domu to wiadomo- nie zawsze się ma chęci. I wiadomo- w domu się chodzi ubranym przede wszystkim wygodnie i praktycznie. No i kiedyś usłyszała od męża swego, że on ją woli w tej właśnie domowej wersji. Czyli saute. Czyli bez makijażu, w kucyku i dresie.

No i teraz pytam- czego pragną faceci? Czy mieć super odpicowaną kobitę u boku? Z mejkapem i fryzurą czy też bez mejkapową dresiarę? Bo dodam, że on zazwyczaj jej rzadko prawi komplementy, więc naprawdę musiało go to domowe wydanie ruszyć :P